Ich czytam:
Ich oglądam:
Ich cenię:
Inne:
kolejne czarno-czarne flagi powiewają nad moją rodziną.
sen
mama w kuchni każe mi robić rożne rzeczy. Jest ciocia i inni. Nie chce mi się tego już robić. Jestem w pokoju z babcią. Oglądamy telewizor. Wszystko jest charakterystycznie zaciemnione, jakby w półmroku, ale jednocześnie ostre. Za nami leci radio i Coma.
"Zobacz jak cudownie marniejemy
Zapętleni w treści bez znaczenia
(...)
Widzę jak owszem
To bez znaczenia i to nieistotne
Jak wszystko waży mniej i nie przybliża się
Widzę jak małe, nieidealne
Nocne niebo o ile znaczy mniej,
Nie urodzajne, nie nawołuje mnie
Widzę jak owszem, to nieistotne
Nieważne, niepiękne, wyblakłe i
To nie istotne z perspektywy absolutu."
nanii 2010-09-01 11:58:44
bardzo ciepłe kolory, żywe, ciepłe, lato, radość, piękne widoki.
Mój tato mi się oświadcza. A ja się zgadzam. Mówi, że oczywiście bez pożycia seksualnego. Jest cała moja rodzina. Jestem szczuplutka ;) i mam zwiewną jasną suknię. Ciemne włosy. Trzymam bukiet kwiatów. Wszyscy się dziwią. Stoję na polanie pod drzewem. Otaczają mnie ludzie, których znam. Zastanawiam się, że przecież teraz będę miała dwóch mężów, a co na to prawo? I mój tato będzie miał dwie żony. Czy nie zostaniemy aresztowani? Podchodzi do mnie wujek i mówi: "Ile ci zapłacili? Na pewno ci za tą farsę zapłacili. Nie wierzę, że robisz to za darmo!" Zastanawiam się. Po co ja to robię? Po drugiej stronie drogi stoją inni ludzie, jakby pozostała część mojej rodziny. Nie rozpoznaję ich dobrze. Stoi tam też moja mama. W słońcu. Zastanawiam się jak ona musi się czuć. Dlaczego ja to robię? Co z moim mężem? Tato przebiega przez drogę do niej. Coś do niej mówi.
Dlaczego ja to robię?
Budzę się
nanii 2010-08-30 19:47:25
The end of story.
Nie dzieje się, nie dzieje się, nie dzieje się, nie dzieje się, nie dzieje się. Nie.
nanii 2010-03-04 20:27:52
Trudno się patrzy na kochaną osobę, która umiera. Tato z całych sił stara się odbić tą możliwość do kogoś innego. A ja jestem taki sam tchórz jak on. Wolałabym nie widzieć. Nie patrzeć. Nie jest sama. Codziennie ją ktoś odwiedza. Ale ona wciąż czeka na mnie.
Boje się. Najzwyczajniej w świecie boję się. Miły mój przyjechał, pomógł zapomnieć na chwilę. Za daleko nie uciekłam. I raczej nie ucieknę.
nanii 2010-03-01 10:26:33
Jak napisać coś czym można mnie potępić? Jest milion słów na potępienie tego co noszę w sobie i każdy ma to wkodowane tak mocno, że się nie zastanowi jak wygląda druga strona medalu i w pierwszym odruchu wyrok zawsze będzie skazujący - i niewiele słów istnieje na obronę.
Bo to temat tabu.
Na tematy tabu reakcja jest taka sama u wszystkich. Oh, przepraszam, nie u egoistów, zadufanych w sobie i myślących tylko o swoim tyłku, bez sercowych, wyrodnych córek.
Wyrok skazujący.
A to nie ja wybrałam sobie takie życie. To nie ja wybrałam sobie tyrana za męża, aby zrobić na złość swojej mamie, to nie ja uwiązałam się do tej mamy, aby zasłużyć na jej miłość, to nie ja dawałam się poniżać, aby udowodnić, że jestem tą dobrą, to nie ja znosiłam poniżenie ze strony rodzeństwa, mamy, męża, aby tylko udowodnić, że ..., że co?
To nie ja paliłam jak smok, nawet, gdy inni dookoła rzucali palenie, aby udowodnić im, że..., że co?
To nie ja zgadzałam się na zamknięcie mnie w domu i przymus zrezygnowania z przyjaciół.
To nie ja stworzyłam sobie chorobę, aby pokazać innym jak bardzo cierpię i błagać w ten sposób o odrobinę miłości. (Wszyscy wiemy jak to się kończy)
To nie ja olałam sprawę malutkiego czerniaka na karku i z zadowoleniem informowałam ludzi, którym zależało, że "a, najwyżej umrę", to nie ja podjęłam decyzję, aby dalej nie iść do lekarza, nawet jeśli on był już wielki i gdy się rozsiewał. To nie ja. To wszystko nie ja! Dlaczego więc to ja mam płacić jakąkolwiek cenę za to? Dlaczego to i ja mam być skazana na umieranie w tym przeklętym domu?
Karma?
Odfajkowana.
Nie czuję się w żaden sposób odpowiedzialna za jej decyzje, za jej wybory.
Choć ona żąda tego ode mnie.
Robi brzydko.
Żąda, abym była tym samy czym ona była dla swojej mamy.
N I G D Y.
Zrobię to co mogę, ale z przeze mnie wytyczonymi granicami.
Do tego dochodzi ojciec, który poczuł zew zwalenia na mnie w s z y s t k i e g o. Między innymi, zaczął syfić w domu "bo ja przecież posprzątam". Dzięki temu odpoczywałam tylko wtedy, gdy siadałam do jedzenia. Powiedziałam, aby się ugryzł. Nie mógł uwierzyć. Wielkie oczy zrobił i: "Co?" A ja z uśmiechem: "Ugryź się:)" I nie zrobiłam tego co chciał. Powiedział, że podziwia moją stanowczość.
Nie będę jego sprzątaczką, jak była moja mama. I to też był jej wybór. Nie wiedziała, że można inaczej? Ja też nie wiedziałam do 21 roku życia żyłam w iluzji, że będę skazana na to samo. Ofiara i kat. Dwa w jednym. Naprawdę myślałam, że tak mają wszyscy, że to normalne.
Trzeba mi podziękować Lesiowi, bo odmienił moje życie. Dał metodę, która zapoczątkowała serię cudownych zmian. Dał mi nadzieję, możliwości i narzędzia do stworzenia ohana.
Szacunek, zrozumienie, akceptacja, miłość, ciepło, cierpliwość, zrozumienie. Nie stracę tego na rzecz bycia pomiataną "bo po to zostałaś urodzona".
nanii 2010-02-22 20:42:53
z zaskoczenia.
Taka jej nie grozi. Tak samo jak nie groziła babci. Jest czas na zastanowienie, powiedzenie słów, które chce się powiedzieć. Można wybrać sobie ostatni strój.
Przygotowanie.
Ja też się przygotowuję. Po raz kolejny w tym roku. To będzie już ostatni na jakiś czas.
nanii 2010-02-16 20:19:58
Druga noc i śpię już dobrze. Pierwszej śniło mi się, że lecę na zielono złotym smoku, do którego przyczepieni są moi znajomi. Obok nas leci czerwony smok i chce nas atakować. Odczepiam znajomych i odstawiam na brzeg (wszystko dzieje się w wodzie). Walczę z czerwonym smokiem. Rozplaskuję go o ścianę. Na końcu miziamy wszyscy naszego smoka po brzuszku. Jest uśmiechnięty. Zakładam złoto-żółto-pomarańczową suknię.
Druga noc: jestem Avatarem :P Uciekam przed OGROMNYMI mechami. Jeden z nich jest kobietą (hę?). Sen się kończy w miarę dobrze. Zamykam oczy. Śni mi się, że wstaję z łóżka, bo dzwoni moja siostra. Mówi do mnie zapłakana: "Kasiu, mam wiadomość. Szczęście dzisiejszego dnia..." Nie chciałam słuchać nic dalej. Nie podobało mi się to co chciała powiedzieć. Nie dzieje się. Z łóżka, obudzona totalnie, wstałam bardzo szybko. Nie dzieje się.
nanii 2010-02-14 10:46:13
dziś znowu nie spałam. O 2:30 w nocy wzięłam w końcu słuchawki na uszy, aby posłuchać gayantri (samodzielna próba mantrowania bez mali nie powiodła się). Usnęłam. Nie wiem o której.
Czuję się już bardzo zmęczona.
Może powodem tego jest brak G przy boku jako kogoś przy kim czuję się spokojnie i bezpiecznie. Wciąż ta strefa bezpieczeństwa. Wciąż nie czująca się bezpiecznie. Chyba właśnie ułożyłam sobie afirmację na ten temat. [pochyla głowę]
Choć tak naprawdę to nie czuję nerwicy, lęku. Nie odczuwam tego. Po prostu galopujące myśli na miliard różnych tematów nie pozwalają mi usnąć. A jak się budzę to tak jakbym nie spała. Myśli powracają jakby nigdy mnie nie opuszczały. O medytacji mogę zapomnieć.
nanii 2010-02-08 19:59:45
Katar ma to do siebie, że czasem źle się śpi. No to ja dziś nie za dobrze śpię. A raczej wcale. Smark.
Mam ogromną potrzebę wypisania się, ale katar nie pozwala mi myśleć. Smark.
nanii 2010-02-03 02:21:48
Po powrocie z lotniska wystarczyły 3 godzinki, a migdałki wielkie jak stodoła, z nosa zaczyna kapać, gorączka, zimno.
Dobrze, że mój miły wyruszył na przygodę. Niedobrze, że zaczęłam chorować. Wraca temat RD. Ale nie takiego, który jest tylko wymówką do nie robienia nic, ale takiego w środku. Do przodu. W Niej/Nim.
Chyba gorączka za wysoka.
Głupoty gadam.
nanii 2010-02-01 22:23:50
no i co?
No i koniec.
Boje się tego, że nie umiem przestać płakać. Boję się, że zobaczę ich wszystkich i nie przestanę już nigdy.
Łzy same płyną. Nawet nie umiem ich zatrzymać. Tłumaczyć nawet nie zamierzam.
nanii 2010-01-21 09:09:34
nie wygląda zbyt dobrze. W zasadzie to bardzo źle. Nie wiem czy się z tego wyliże.
I ja zapłakałam. Nie ze smutku, że jej nie będzie, ale z tego, że się męczy, że jej źle, że cierpi...
Źle oceniałam smutek innych. Nie powinnam w ogóle tego robić. To, dlaczego inni płaczą, jest całkowicie ich wewnętrznym przeżyciem, a ocena tego jest nie na miejscu.
Codziennie ktoś u niej jest. Rano i wieczorem. Nie chcemy, aby czuła się opuszczona. Bo nie jest. Nie przez nas.
nanii 2010-01-20 11:38:35
Dowiedziałam się, że mama też ma złe sny. Początkowo myślała, że może chodzić o nas (postanowiliśmy samodzielnie odkręcić kuchenkę od gazu. Nadmienię, że nie ma takiej czerwonej wygodnej wajchy:P a rury są do wymiany), ale ewidentnie sen jej mówił o babci (nie to, że ją to uspokoiło:/ Spaliśmy przy otwartym oknie), choć nie przekonały jej moje zapewnienia, że to ewidentnie nie my.
No i później Siostra opowiedziała mi kolejny sen. No cóż, zostaje po prostu czekać. Bogami nie jesteśmy, aby coś zrobić. Możemy tylko to co ludzie mogą, czyli przygotować się do tego zdarzenia.
Dziś babcię moją zabrali do szpitala. Nie jest dobrze. Nie jest też tragicznie. Jest pod respiratorem. Oddycha przez maskę tlenową.
Nie czuję się smutno. I nie wiem czy to dobrze. Pewnie jak ją tam zobaczę to jakieś rzeczy się we mnie ruszą. Teraz po prostu wiem, że ten czas i tak nadejdzie, a jej się po prostu nie chce już żyć. Dlaczego ludzie płaczą, gdy ktoś odchodzi? Babcia nie jest już młodą kobietą. Może tak naprawdę ludzie płaczą z czysto egoistycznych pobudek? Bo odchodzi i do kogo my teraz będziemy przychodzili? Kto nam będzie pożyczał pieniądze, gdy będzie nam brakowało do następnej wypłaty? Komu będzie się przekazywało wszystkie informacje? Do kogo się będzie przychodziło, aby dowiedzieć się co słychać u tego czy tamtego? Nikt nie zapłacze nad tym, że ona już jest zmęczona, że nie widzi już sensu, aby tu być. Wszyscy płaczą nad sobą. Nad tym, że odczują brak.
Moją pierwszą reakcją na wiadomość o śmierci dziadziusia było - nareszcie. Bardzo zaskoczyło to moją mamę. Wytłumaczyłam, że przynajmniej nie będzie już cierpiał. Nie płakałam. Wspominałam. Swoje emocje przeżywałam na swój sposób (góra naczyń po stypie, a ludzi było naprawdę sporo). Nie było mi smutno, że odszedł. Umarł bo cierpiał. Śmierć była dla niego już tylko błogosławieństwem. A w przypadku babci? Ona już nie chce tu być. Pewnie zapłaczę nad sobą na jej grobie. A teraz? Jutro pojadę się z nią zobaczyć. Aby się nie bała, nie smuciła. Zdążę? Zdążę.
nanii 2010-01-16 20:37:34
wydarzyły się również rzeczy skrajnie dobre. Tak jakby owszem, lecę z 25 piętra, ale na dole widzę mięciutkie materace. Dostałam też lornetkę, aby umilić mi lot i parasol do spowolnienia spadania. Spadając zahaczam, owszem, o wystające gzymsy i wpadam na lecące kaczki, ale cóż.
Nie potrafię tego rozgryźć.
Znalezienie bardzo skutecznej tabletki przeciwbólowej na zęba (to naprawdę wyzwanie w moim przypadku:P )
Wygrana z Młodą w Farmera (zazwyczaj nieświadomie się podkładam, aby nie było jej smutno) i brak poczucia winy z tego powodu.
Prezent od Avonu (idealny! Zamierzałam go sobie kupić, ale mnie cena 100zł trochę zasmutła).
Pyyyyszny obiad u mamy :)
Przygody w głębokim śniegu (radość nad radościami)
Cieplutka kurtka i buty (kurtka wypas, a w butach nie zmarzłam, choć miałam cienkie skarpetki)
Super udany obiad ugotowany przeze mnie (zupa mniam i pancaks z syropem z kasztanów)
Reakcje G na moje przekraczanie granic ludzkich zachowań - pełne wsparcie i omijanie zgrabnie moich smutów. Czyli nie pobrudził się, a wzmocnił i wsparł (dzięki, dzięki, dzięki:* ).
Czy Sylwia też jest taką dobrocią, która mi się zdarza? Ona jest materacem i końcówką lotu? Jest odpowiedzią na moją modlitwę tydzień temu? Czy kolejnym sposobem na skrzywdzenie siebie?
I to wszystko w przeciągu niecałego tygodnia.
nanii 2010-01-12 10:18:26
Nawet nie wiem jak ją przerwać.
Wszystko zaczęło się od tego nieszczęsnego pogwałcenia mojej psychicznej strefy bezpieczeństwa. I się posypało. Ja się posypałam. Jestem stabilna jak domek z kart.
Najpierw ząb. Zapomniałam już jak może boleć ząb. A co mnie tam, nie chcę znieczulenia. Nie lubię. Boję się igły wbijanej w dziąsło. No to lecim na żywca. Myślałam, że się posikam. Babka stwierdziła, że w życiu by się nie zgodziła robić tego bez znieczulenia. A ja zrobiłam bez. Wargi mi się trzęsły z równą determinacją co nogi jeszcze godzinę po wierceniu. Szok dla ciała. Nie byłam na to przygotowana. Wyrok - kanałowe. Cokolwiek by to miało znaczyć - dowiem się w poniedziałek.
Dalej - zamknięcie drzwi. Przynajmniej próbowałam je zamknąć w tym samym momencie, gdy mój kciuk był między framugą a rzeczonymi drzwiami. I rozwiązałam zagadkę. Jest granica bólu, w obrębie której człowiek przeklina. Kiedy się ją przekroczy pozostaje już tylko się zsikać.
Wiem, że to wszystko sama sobie robię. Ząb, paluch. To wszystko ja. I nie umiem tego zatrzymać! A to nie koniec.
Kolejna dawka to zostawienie torby G gdzieś tam. Poczucie winy ogromne. Następne to pan sprzedający mi bilety do kina dał mi miejsca na "Avatara" a nie na Artura (Weekend z siostrzenicą). O matko, znowu nawaliłam. No, głupio mi było i źle. Wymieniliśmy bilety z powrotem na Artura. (Why, oh why?!) Film się skończył zanim się zaczął. Czuję się oszukana :P Film do bani. Obraża mnie jako istotę myślącą. Trzeba było iść na tego "Avatara". Znowu poczucie, że skaszaniłam.
Dalej? W sumie 5cio godzinny pobyt w galerii - to istny sadyzm, ale młoda chciała coś dla siebie znaleźć. Wróciliśmy do domu padnięci! Czułam się jak zombie.
Koniec? Hahahaha, chciałabym.
Powrót do Miasteczka z młodą był cholernie uciążliwy. Spóźniony pociąg blablabla. Powrót to mordęga. Gdybym jechała sama poddałabym się w połowie drogi i umarła na stacji z resztą smutnych ludzi czekających z nadzieją na pociąg. No, ale był G więc po 4 godzinach podróży i starania się dotrzeć do domu czym się tylko da - padliśmy przemęczeni.
Koniec? A guzik.
Spalone ciastka,
Zamówienie połamanej szczotki do włosów.
Jak sąsiadka przyszła pożyczyć jajko to myślałam, że się posikam ze zdenerwowania. Ale paranoja
Cóż czeka mnie jeszcze jutro?
Taka "pierdoła" jak poczucie się zagrożonym w najbardziej ważnej dla mnie strefie i już nigdzie nie czuję się bezpiecznie. Bombarduję wszystko. Zagrożenie z każdej strony. Yyy, znaczy, to głównie ja sobie zagrażam, ale to wcale nie zaprzecza temu co mówię;)
Zadzwoniła Sylwia. I już mam wrażenie, że pojadę tam po to tylko, aby się podłożyć i znów rozpaść. Znowu skrzywdzę siebie.
Pewnie pojadę, ale zastanawiam się jak wymigać się od masowania. Nie chcę jej skrzywdzić - ani siebie.
Czuję się kaleką nie mającym swego miejsca. Bo skoro we mnie nie czuję się bezpiecznie, to gdzie indziej mogę?
nanii 2010-01-11 21:56:37
Kur..., jak bardzo brakuje ludziom czegoś co się nazywa szacunkiem i akceptacją. Po chuj uszanować czyjeś myśli, decyzje czy fobie? Przecież są bez sensu. Przecież nie mają podstaw, przecież nic się nie stało/stanie. Każdy ma jakąś przestrzeń, miejsce wokół, gdzie czuje się bezpiecznie i dobrze. Daj tępemu chujowi pozwolenie na wejście do tej strefy, a ten wybierze sobie co mu wygodne. Bierz całość, ze wszystkim co noszę, albo będziesz dostawał tylko maskę karnawałową w każdym znanym kolorze i kształcie na mojej twarzy. Będziesz jednym z wielu, którzy żyją wyobrażeniami na mój temat, bo tak im wygodnie. To cudowny dar jeśli dostanie się od kogoś kredyt zaufania. Dostęp do ohana. Uszanuj go! Kiedy nazywasz kogoś przyjacielem - nie tylko dlatego, że zamieniłeś z nim 3 maile i masz go na NK, ale dlatego, że znasz, że lubisz, że łączy was wiele, że wzbogacacie siebie wzajemnie poprzez swoją inność, że mogliście na siebie liczyć kiedy było źle - to akceptujesz go, z jego dziwactwami, fobiami, innościami. Tak? Czy się kurw* pomyliłam?
Gdybym powiedziała, że masz układać buty naprzemiennie z reklamówkami - uszanuj to. Gdybym powiedziała, że mleko ma leżeć obok majonezu - uszanuj to. Jeśli powiem uszanuj moją prywatność skoro w niej jesteś - zrób to. W zasadzie, nie musisz, ale jeśli nie to wtedy wypier* z mojego otoczenia, bo nie mam ochoty na widzenie kogoś takiego, po którego zachowaniu czuję się zagrożona i przestraszona. Przestraszona? Przy boku przyjaciela!?
Dzięki bogom za dar przewidywania niektórych pierdół, bo okazałoby się, że mam bardzo długie kły i wiem gdzie masz tętnicę udową czy szyjną - bez znaczenia. Nawet przez ramię dostałabym się do tej udowej, czy przez piętę do szyjnej. Nieważne czy to ma dla ciebie sens, czy działam na wyrost. Chuj z tym. Na szczęście zakończyło się to tylko wpisem tu. Tu gdzie moja nienormalność i błędy ort mogą pohasać. Przewidziałam, okopałam się i przeżyłam.
Większość z moich znajomych to ludzie z masą dziwactw, fobii, niedostosowań, ponadprzeciętni, ogromnie inteligentni i często bardzo zagubieni w tym świecie bez granic - teoretycznie. I ja tak mam, i ja z wielką pieczołowitością tworzę granice, które tworzą moje miejsce. Miejsce samotności, przemyśleń, gdzie nie trzeba grać, udawać, szaleć. Gdzie jest czas na dziwności, inności i inne -ści. Każdy z nas, w tych granicach bezpieczeństwa, rozwija się. Tworzy. Działa. Czuje się zdrowy. Pełny. Nie opuszczony przez Boga. Czasem zapraszamy takich jak my do tej krainy. Najczęściej takich jak my sami. Bo oni rozumieją. Bo tak samo jak i my, potrzebują akceptacji innych. To taka namiastka normalności, taka radość, że nie jesteśmy sami, że są inni tacy jak my. I czasem kur* zapraszamy do tej strefy tych z zewnątrz. Tych "normalnych". Bo wydają się fajni, bo nas ciekawią, bo pobudzają te części mózgu, które są twórcze, a przecież to jest coś co my "nienormalni" pragniemy - STWARZAĆ!
Ale "normalny" zawsze będzie normalnym. On też ma granice. Granice, w których jest w stanie nas zaakceptować. Nie dalej. Zaakceptuje buty i reklamówki, mleko i majonez, ale nie zaakceptuje tego, że nie podoba ci się Avatar! (Przykłady są czysto hipotetyczne. Uwielbiam ten film. We wtorek obejrzę go po raz drugi. A potem trzeci i piąty. Nie mam też fobii reklamówkowo - butowych:P ani mlekowo-majonezowych).
Kocham wszystkich moich "nienormalnych" przyjaciół. Mogą mnie czasem wkurwić, mogę ich nie lubić przez miesiąc, bo coś, ale akceptuję to kim są, to co sobą reprezentują, szanuję ich prywatność, ich zdanie (nawet jeśli się z nim nie zgadzam), ich decyzje. I to samo otrzymuję od nich. Nie wchodzimy z butami tam gdzie nam nie pozwolono.
Więc jeśli jesteś "normalny" i nie wiesz co to szacunek i akceptacja, to zapraszam z powrotem na miejsce za linią, gdzie widzisz to co chcę, abyś widział, a reszta jest moja.
I chuj.
(G. dzięki za twoją nienormalną normalność. Wziąłeś mnie z całym dorobkiem moich inności. Bez oceny i z akceptacją. Nie gwałcisz mojej strefy bezpieczeństwa, nie wchodzisz do niej jeśli potrzebuję być samotna. Rozumiesz, bądź jeśli nie to akceptujesz. Czasem starasz się zrozumieć, a czasem pozwalasz mi być. Mówisz do mnie moim językiem. Gdy się zagalopuję pomagasz w wyjściu z zamknięcia z szacunkiem i uważnością. Czyż mogłabym wybrać kogoś innego? )
nanii 2010-01-07 11:02:27
Świeżutko w nowy rok śniło mi się, że kupiliśmy dom. Bardzo stary dom i do remontu, ale piękny. Patrzę na okna i pytam G ile myśmy za niego dali? A on na to pytaniem: "A ile mieliśmy w domu?" Ja - "20 tysięcy? Tylko tyle? Ale zobacz na te okna! Są całe do wymiany!" G - "Nie martw się, wymienimy je:)" No to zaczęłam oglądać dom. Z okna w kuchni widać było pola, las i przystanek autobusowy z prawej strony. Była jesień. Stół stał pod oknem.
Na piętrze był mój pokój. Duży, z wysokim sufitem. Dwa duże okna. Pokój narożny. Z okien widać ogród, na którym rośnie jabłoń. Świeci słońce. W ogrodzie bawi się mała, jasnowłosa dziewczynka (!!!) (O_o)
Duży, biały stół pod jednym oknem, łóżko pod drugim. Meble stare. Wszystko do wymiany i gruntownego remontu, ale to był dom, w którym widziałam toczące się życie.
nanii 2010-01-03 11:53:56
Sny, które przychodzą chwilę przed i chwilę po Sylwestrze są bardzo ważne. Przynajmniej dla tych, którzy tą ważność im nadadzą.
Zapisuję, aby nie zapomnieć.
Przed NR śniło mi się, że moja mama włożyła witraże w okna kuchni. Było tam dwóch świętych. Nad nimi były pogrzebowe liście (takie złote cosie) i krzyż czarny. Mówię mamie, że, no, ładne te witraże, ale te ornamenty i krzyż to mogłaby zdjąć, bo wyglądają jakby w domu był zakład pogrzebowy. Na to ona rzecze, że jak przyjdzie czas to zdejmie. Dobra, ok.
Podchodzę do okna, aby sprawdzić, czy łatwo się to odklei (tak, wiem, że to witraże, ale sny są nieprzewidywalne ;)). Zaczęłam lekko odchylać krzyż, a tu z drugiej strony okna babcia wyskakuje i mi grozi palcem, że mam nie zdejmować. No to zostawiłam.
Sen znaczący i wyraźny. I tak już chlapnęłam w tamtym roku, że 2009 był rokiem ślubów, a następny będzie rokiem pogrzebów.
I wszystko wsadziłabym do szufladki innych wizji i pomysłów wpadających mi do głowy, gdyby nie sen mojej siostry.
Śniło jej się, że w domu ma dwa trupy. Dwie kobiety. Nie miała czasu się nimi zająć, więc je spakowała i położyła do swojej sypialni na łóżko. Nocą spała z dziećmi i tymi trupami. Później była na mieście i przypomniała sobie, że te trupy leżą u niej a ona nikomu tego nie zgłosiła i choć kojarzyło jej się, że tam leży jej babcia (ale nie moja), to na mieście miała wrażenie, że tam leży nasza wspólna babcia i mama. Później jak się już nimi zaczęła zajmować (przyszedł mój tato) to trupy wstały i poszły a tato powiedział, że to był taki żart i aby się nie martwiła.
To były nasze sny. Rozmawiałyśmy o tym przez telefon i ona się popłakała. Nie wyobraża sobie, że mogłaby którakolwiek z nich odejść. Nawet o tym nie myślała. Gdyby odeszły obie... To mieszkanie w Miasteczku jest ważne dla mojej całej rodziny. Tam jest babcia, moja mama. Wszyscy tam przychodzą. To takie centrum. Taka kolumna. Podpora rodzinna. Rozsypiemy się i przestaniemy się widywać jak ich zabraknie. Gdzie wszyscy się będą spotykać? No gdzie? Kto przejmie tą rolę? Popłakała się a ja nie umiałam jej pocieszyć. Bo co miałam jej powiedzieć, że to tylko sny?
Powiedziałam, że to co się ma stać - stanie się a to co możemy zrobić my, to być przy nich teraz, gdy jeszcze są. Otoczyć je czułością, ciepłem, życzliwością. Aby czuły, że są kochane. Powiedzieć to co nie było wypowiedziane, bo przecież to oczywiste. Aby nie żałować. Zrobić to co chciało by się zrobić przed ich śmiercią. Ukochać. Utulić. Powiedzieć - kocham.
Wieczorem, gdy dzwoniłam do mamy była tam A. z dziećmi. Rozmawiała i śmiała się z nimi.
Nie potrafię wyobrazić sobie co będzie jak ich nie będzie. Widzę wielką dziurę wizyjną. Nie potrafię. Za to widzę, co będzie po. Martwię się o tatę. Jeśli zostanie sam to naprawdę będzie potrzebował wsparcia - bardzo! Myślę, że pomieszkałabym trochę z nim. Nie wiem nawet czy on da tak długo radę.
A jeszcze później (na pewno nie w tym roku) sprzedaję to mieszkanie. Tam się wychowałam, ale wspomnień jest zbyt dużo. Były dobre chwile i one zostaną w sercu. Były też złe i wolę, aby nie szły ze mną. Ciekawe co reszta rodziny na to powie. Założę się, że przyjdą również pożegnać się z mieszkaniem. To część ich życia. I pamięć o babci. Fajnie jakby zamieszkał tam ktoś z rodziny, ale ... - ja na pewno zdecydowanie nie. Nie wezmę roli rodzinnych kolumn.
Niech się dzieje to co ma się wydarzyć.
nanii 2010-01-03 11:28:02
zabiegane dni. Mamy GnoMa w domu. Śpi u nas już prawie dwa tygodnie. Tzn spał, bo dziś wyruszył na swoją przygodę i po 5 min od jego wyjścia G przyszedł do mnie do kuchni i mówi, że brakuje mu GnoMa, że szkoda, że pojechał. Hyhh, no cóż, do niektórych gnomowych istot człowiek przyzwyczaja się za bardzo. Fajnie, że był. Nie ciążył, nie przeszkadzał. Chichy chachy wieczorne - miłe.
Ale życzę mu w nowym roku, aby jego życie potoczyło się tak, aby nie musiał tułać się po ludziach i aby odnalazł swój dom. Zasłużył na to jak mało kto. Może sam nie wie jeszcze co to znaczy być szczęśliwym i przez to nie wie do czego ma zmierzać. Oby w nadchodzącym roku odkrył:)
nanii 2009-12-31 20:21:30
Bardzo. Za StefAnem. Za tym co reprezentował. Jeszcze nie zakończył swego zadania. Wiem, że muszę sobie przebaczyć to, że to przeze mnie się zagubił. Poczucie winy zjada powoli nawet jeśli co rusz wymyślam w jaki sposób się odnajdzie.
Muszę przebaczyć sobie. Te wszystkie zagubienia (Emil, barbie, Anetka, królik, kamień z muchą...). Obwiniałam tych innych ludzi. Za to co zrobili, za to, że wyrzucili do śmieci, oddali innemu dziecku, ukradli, zgubili... Ale to nie na nich byłam zła, ale na siebie, że pozwoliłam, że jako 6,7,8 latka nie potrafiłam się obronić, ani tego co kochałam, tego co było dla mnie ważne. Więc to ja raniłam siebie.
A teraz StefAn. Nawet nie mam na kogo zwalić winy. Może na O, że zadzwonił, że wyciągałam komórkę z torebki. To też nie jego wina, że to ja byłam nieuważna.
Więc to sobie muszę przebaczyć.
Bardzo trudne to jest.
Niemożliwe?
Trudne.
Tęsknię.
nanii 2009-12-17 21:53:24
jestem w klasztorze buddyjskim w Chinach (?) Chyba. Tak przynajmniej zakwalifikowałam język i budynki, które widziałam. Równie dobrze mógł to być mandaryński ;)
Rozpoczynają się modły. Wyciągam swoją malę i mantruję. Inni dookoła również. Środkiem drogi idzie pochód dostojników mnisich. A na końcu, w momencie największego nasilenia się modlitwy, przeszła Bogini. A właściwie to "książę" (przyszło mi do głowy to określenie, ale chodziło o wcielenie kogoś wysoko urzeczywistnionego i "przebranego" za Nią). Bardzo mocno to odczułam. Gdy przechodziła obok mnie (biała maska i czarne sukno), poczułam ogromne ciepło i rozluźnienie. Totalnie nie pasowała do całej reszty barw wokół niej. Czerwień, pomarańcze, żółć.
Obróciła się do mnie. Coś powiedziała w języku, którego ni w ząb nie zrozumiałam, ale jakaś część mnie odebrała wszystko.
Po zakończeniu ludzie zaczęli się rozchodzić do swoich spraw. Założyłam "japonki" na bardzo wysokiej koturnie (jakieś 12cm) i poszłam. Czułam się zagubiona, bo absolutnie nie wiedziałam co robić, gdzie iść, gdzie jestem. Założyłam malę na rękę i poszłam w kąt oglądać niesamowite widoki. Przyszedł do mnie "książę" i coś zaczął mówić razem z jakiś jeszcze gościem. Prosiłam, aby mówili po angielsku, bo ich języka ni w ząb nie rozumiem. Coś opowiadali, ale mało mnie to interesowało. Nie wnosiło nic nowego. Nagle pojawił się Bon Jovi z jakąś laską - coś gadali, śmiali się - nie obchodziło mnie to.
Chciałam, aby znów nadszedł czas modlitwy. Kiedy będzie szósta? No, kurcze, kiedy?
I nagle usłyszałam dźwięk dzwonów, który przerodził się w budzik z G. komórki. Trwał trochę dłużej niż zazwyczaj i to było cudowne. Powoli wychodziłam ze snu, rozkoszując się dźwiękami i tym, że nareszcie nadszedł ten czas.
Fajne.
Nic nie wnoszące fajne.
Wyspana.
nanii 2009-12-09 11:26:21
Iv - ale mi wstyd, bo ja nic dla ciebie nie mam...
ja - owszem masz
Iv - ale co?
ja - chcesz mnie. I to jest ten nadmiar, który jest dla mnie radością.
Obie mamy życia, za którymi tęsknimy. Ja za jej, ona za moim. Nie to, że całkiem rezygnujemy ze swoich - kochamy to co stworzyłyśmy (każda na swój sposób), są tylko pewne małe rzeczy, których niedobór na dłuższą metę powoduje ogromny smutek i chęć poddania się. Ona ma to co ja chcę mieć, ja mam to co ona chce mieć. Za rzadko się widzimy, aby nasze światy się połączyły, ale mam wrażenie, że nasze wspólności zaczną się po trzydziestce ;)
Fajnie, że jesteś Iv. Jesteś dla mnie ważna. Poszłyśmy totalnie innymi drogami, żyjemy w różnych światach, nie mamy nawet wspólnych znajomych, ale jesteśmy dwoma stronami tej samej monety. Ciągnie nas do siebie. Karma? Tożsamość? Nie ważne. Te części wspólne sprawiają, że ciągniemy do siebie i jesteśmy dla siebie ważne.
nanii 2009-12-06 11:59:26
straszna rzecz się stała. Zaginął nasz StefAn. Ukochany, należący do Ohana. Miał dodatkowy żołądek na spagetii i uwielbiał kawę mrożona w Grycanie. Lubił się wylizywać i wchodzić w różne zakamarki. Uwielbiał psoty i figle. Podejrzewamy, że nasz Stefek wybrał się poszukać kumpli z paczki (Stefana Juniora oraz Romana).
StefAnku kochany, tęsknimy za Tobą.
Upłakałam się jak dziki renifer i wysmarkałam 5 miliardów chusteczek. Jutro jedziemy Cię odnaleźć StefAn. Nie zmieniaj się, proszę.
nanii 2009-12-03 19:39:07
- Dlaczego nas to nie spotyka? Dlaczego nie nudzimy się swoją obecnością? Dlaczego nie chcemy zmieniać siebie wzajemnie? Dlaczego nie jesteśmy r o z c z a r o w a n i?
- Bo z każdym dniem, każdą chwilą odkrywamy siebie coraz bardziej i okazuje się, że tyle jeszcze w nas do odkrycia i tyle cudowności jeszcze jest w nas.
- Czy można kochać jeszcze bardziej?
- Na to wychodzi, że tak.
- Czyli to wszystko dzięki temu, że pozwalamy sobie na bycie tym kim jesteśmy? Bo nie chcemy zmieniać? Tylko odkrywać?
- Na to wychodzi.
- Czyli akceptacja?
- Czyli akceptacja:)
nanii 2009-11-27 22:30:45
Przyszłam z miłego spotkania i miałam jeszcze godzinę do przyjścia klientki. Usiadłam w fotelu i siedzę. Hm. Zaczęłam być śpiąca. Nie no, przecież nie mogę pozwolić sobie na spanie przed sesją! Jak nie zdążę się wyspać to będę zaspana, że hej!
No to mala w łapkę i mantrujemy. Przyda się przed sesją bycie trzeźwym i przytomnym. Ale często z tą przytomnością jest różnie, zwłaszcza, gdy się jej potrzebuje. Musiałam zatem zmierzyć się z małpim umysłem i milionem zdarzeń w umyśle niezmiernie będących w potrzebie aby je zauważyć. Konsekwentnie wracałam do świadomego liczenia koralików mali ;)
Okazało się, że zaczęłam walkę przegrywać i najzwyczajniej w świecie usypiać! Grr. Gdy Morfeusz za bardzo wchodził mi w drogę delikatnie rozganiałam senne mary wracałam do mali.
Okazało się, że za kolejnymi razami, moje majaki senne mają sens i są ważne! (hę?) Najpierw zobaczyłam błysk światła z lewej strony. Nie mam pojęcia czy zobaczyłam go w momencie zamykania oczu, czy były zamknięte, a ja i tak wszystko widziałam wokoło plus to światło, ale aż otworzyłam oczy (lub wróciłam świadomością do już otwartych) i spojrzałam tam raz jeszcze. Nie było nic. Wróciłam do mantry. Po tym pojawiały się inne obrazy, ale będące kawałkami układanki. Z każdą wizją senną widziałam jakiś problem, który mnie trapił przez ostatnie miesiące, z którego nie zdawałam sobie sprawy, że był problemem. Takie małe problemiki, a do tego widziałam rozwiązanie. Wiedziałam jak je "załatwić". Jak je przeprowadzić, aby przestały być problemami. To były jakieś drobiazgi, ale widocznie trapiące mój umysł i dzięki tym marom zostały, zobojętnione. Przestały być kwasem a stały się zasadą.
Budząc się po raz kolejny i mając za sobą kolejne rozwiązane zadanie, pomyślałam: "o, super, już wiem jak rozwiązać te sprawy!" i zadzwonił domofon - klientka nadeszła, a ja nie pamiętam co mi się śniło :D
nanii 2009-11-18 21:14:31
Ależ dziś była noc.
Po odejściu teściówków był problem z uśnięciem. Jakieś zdenerwowanie, strachy nie wiadomo skąd i dlaczego. Noc wcześniej G opowiedział mi dwie bajki i uspokojona usnęłam, ale teraz nie miałam serca go dręczyć. A on mi na to - mantruj. Oh well.
Po około 30 minutach, uspokojona, zrelaksowana i całkowicie nie śpiąca - usnęłam wciąż słysząc w głowie mantrę. Cała noc to było jedno wielkie nie spanie.
Byłam sobie we śnie, robiłam swoje sprawy. Wiedziałam, że G jest gdzieś blisko mnie. Nagle znalazłam się w podziemiach snu i przestałam czuć G. Byłam silna. Nie rozmywałam się. Wiedziałam tylko, że jeśli się rozmemłam to ten sen będzie okropnym koszmarem. Udając zatem współdziałanie, szukałam wyjścia. Zależało im, abym przyprowadziła G. Więc "niby szukając" doszłam do białych drzwi, które były wyjściem z podziemi. Udało się. W "między światami" wiedziałam, że mam większą zdolność manewru, więc wzniosłam się w górę, aby mnie nie pochwycili i trzymając w rękach komórko-przekaźnik, który pomagał wyjść ze snu, szukałam G. Gdy go znalazłam, ci z podziemi zmienili obraz wokół i znalazłam się w pokoju z oknem. Nie mogąc wznieść się w górę, ale mając już G przy sobie, nacisnęłam 1 w panelu i enter wiedząc, że jest to kod wychodzący ze snu. Czując napięcie wynikające ze zbliżającego się koszmaru, mówiłam do G "Jeden. Naciśnij jeden. Pamiętaj - jeden. I enter"- hop i całkowicie obudzona otworzyłam oczy. Zerknęłam na G - też już nie spał.
I tak całą noc;)
Nie męczyłam się tym, że w snach nie czułam, abym spała. Nie męczyłam się budzeniem się i byciem za każdym razem w pełni obudzoną. Czułam radość. Nie zasmuciłam się, gdy o 6tej rano radio zaczęło grać. Poczułam ulgę, że tym razem mogę już wstać, bezkarnie potarmosić G, wyściskać i ponapadać na niego, zrobić śniadanie i swoje poranne rzeczy.
To była dobra noc.
I bardzo dobry poranek.
Niech i dzień będzie taki.
nanii 2009-11-16 07:52:54
Proste przyjemności z posiadania
A ja właśnie posiadam ;)
Piękny komplet porcelanowy herbaciano-kawowy :)
Prezent ślubny :D
Wygląda niezobowiązująco delikatnie. Zielone liście herbaty z cytryną i miodem wspaniale komponują się smakiem w lekki, szaro-srebrny wzór na filiżance.
Posiadam ja, czy on posiada mnie?
Teraz to i tak nie ma znaczenia - cieszę się :)
Mogę poudawać dostojną damę przy s t o l e i prawdziwych krzesłach.
W środę przychodzi klientka.
Chyba już tego nie chcę.
nanii 2009-11-13 21:57:07