Jak wiele radości dały mi te rozmowy. I co dziwne, jak spotykałam się z moimi ukochanymi osobami, których bardzo długo nie widziałam, czułam niedosyt. Może dlatego, że było przekonanie, że oni zaraz wyjadą i znowu długo ich nie będzie. Albo jakieś przeświadczenie, że przecież i tak spotkamy się na następny dzień (nawet jeśli to nie prawda, bo oni wylatywali). Tym razem było inaczej. Spotkanie z B.,..., te kilka chwil wykorzystałyśmy obie w 100%. Czuję się spełniona po tym, nie czuję niedosytu. Owszem, gdyby było więcej, to byłoby cudownie. Ale było tyle ile było. Nie traciłyśmy czasu na stres, na zdenerwowanie, na niepewność (bo przecież nie widziałyśmy się tak długo). Było wykorzystanie minut, sekund naszego spotkania maksymalnie. Od pierwszego momentu była radość i spontaniczność. Nasze wcześniejsze spotkania kiedyś tam, były katorgą dla mnie. Dla niej również. Bo czułam niepewność, bunt, sprzeciw, żal, smutek, który nie został wyjaśniony, naprawiony. Ale tym razem, po wyjaśnieniu sobie tak tragicznego nieporozumienia, wykorzystałyśmy każdą chwilę na cieszenie się sobą, na ukochanie się słowem, spojrzeniem, ciepłem, radością...
Swojego czasu po Szkocji, gdy widywałam się z nią, gdy była w PL. czułam jakiś zgrzyt. Bo miałam o niej jakieś wyobrażenie. Czasem przeważało złe i okazywało się, że energetycznie nie współgra z rzeczywistością. A czasem szłam na spotkanie z myślą, że zostawię przeszłość za sobą i zaczniemy od nowa. Pielęgnowałam dobrą myśl o niej. Ale podczas spotkania czułam, że to co ja mam w głowie nie współgra z tym co realnie widzę. W jakiś sposób pogodziłam się z tym, że przecież nic nie mogę z tym zrobić. Może to karmiczne zależności, jakiś obraz jej, który zapamiętałam, a teraz żyjemy dalej, a ona nie jest tamtą osobą. Tzn., jest tą samą w swej Istocie, ale inną pod względem wzorców, blokad czy decyzji. I pogodziłam się już z tym, że utraciłyśmy siebie, że nasze drogi na jakiś czas (może nawet długi), rozeszły się. I spoko, zaakceptowałam to. I kiedy szłam z taką myślą na kolejne spotkanie okazywało się, że gdzieś tam znowu się mylę. Poddałam się. Aż ona znowu do mnie pisze i znowu budzą się moje demony. Tym razem powiedziałam o co mi chodzi. I tym razem ona powiedziała to co miała w sobie. Dlatego wczorajsze i dzisiejszo-poranne spotkanie było cudownością. Wygrałyśmy tę batalię. Obie.
To cudowne, że potrafiłyśmy i chciałyśmy to wszystko naprawić. Warto było.
nanii 2006-11-14 09:41:33