no i huj.
Czasem otwieranie swoich wewnętrznych zakamarków może grozić wewnętrznym rozpiździelem. (to takie słowo - oznacza rozwalenie, rozbicie). Dlatego też znana jest praktyka w świecie nie mówienia wszystkiego o sobie. A przynajmniej nie na raz. Nie każdego interesuje to, że się lunatykowało w dzieciństwie, czy też bardzo lubiło pomidorówkę. Nawet jeśli to wszystko jest dla nas bardzo istotne. No i w sumie racja. Na H. komuś innemu jest to potrzebne. Czasem jednak dochodziło do paradoksów oraz przegięcia i przestawało się przyznawać przed samym sobą co się ma w środku, co boli, co było kiedyś, jak się czuło, reagowało..., jakie wydarzenie doprowadziło do nerwicy czy czegokolwiek innego. Im większe zamknięcie tym gorzej dla rzeczywiście zainteresowanego. No to dobra. Jest regresing, rebhirting i kilka innych metod zaglądania do przeszłości w celu rozpoznania i uzdrowienia. No i jak już dojdzie się do takiej wprawy i samoświadomości, że wystarczy chwilka momencik na przypomnienie sobie przyczyn i powodów naszych obecnych stanów, to człowiek dochodzi do wniosku, że po co tak bardzo się zamykać. Przecież okazuje się, że najzdrowszy jest ten, który sam przed sobą nie ukrywa istotnych dla siebie informacji, tudzież nie zakłamuje siebie (!). No to proszę bardzo, jeździmy sobie na takie superowe zajęcia, gdzie uczymy się odkłamania siebie (bo nagle się okazuje, że okłamywanie, tudzież ukrywanie czegoś przed innymi, to jest po prostu żałosne, tym bardziej, że ukrywa się przed samym sobą). I przecież takie zajęcia temu służą. Bo tylko tak można nauczyć się ufać sobie.
No dobra.
Wracamy do domku i pragnąc iść za ciosem (bo przecież widzimy cudowne efekty bycia szczerym wobec samego siebie), oglądamy fajny film ( ;o) )budujemy tablice z marzeniami, pragnieniami i takimi tam. I super. Małe dzieciątko wewnątrz się cieszy, bo narysowało swoje pragnienia kredkami, pisakami i w ogóle takie tam. Duże dziecko cieszy się, bo wie, że dostanie te wszystkie rzeczy, bo dostawało za każdym razem, gdy wspólne pragnienia dużego i małego dziecka się łączyły. No i dorosły w środku też się cieszy, bo jest gotowy ponieść wszelkie konsekwencje posiadania tych wszystkich przedmiotów, cieszy się na nadchodzące zmiany i widzi korzyści jakie może dzięki temu osiągnąć.
No i super. No i git :)
Z zewsząd przychodzą sygnały i znaki, że jest szansa, możliwości i już tak niewiele brakuje do szczęśliwego zakończenia sprawy.
A tu kurna przyjdzie jakiś pieprzony osobnik i patrząc na cudne dzieło skomentuje. A to co to? A dlaczego? A czy to jest to? Aha... a to wygląda jak.. i tak dalej. I przyjdzie kolejny osobnik i zrobi to samo. (po prostu manifestacja moich własnych lęków i niepewności :( )
I pokolei... małe dzieciątko czuje się skrytykowane i ocenione, bo ta cudowność, która ewidentnie jest tym czym jest, wygląda dla kogoś innego jak coś innego. Duże dziecko czuje się skrytykowane za to, że pragnie takich błahostek i niepotrzebnych "dziecięcych" rzeczy. Dorosły czuje się skrytykowany, bo jakim cudem jest gotowy ponieść wszelkie konsekwencje posiadania tego wszystkiego (!) przecież nie da sobie rady, przecież phiiii, co ty możesz.....
I huj.
Zapomniałam o tym wszystkim w momencie, gdy to zaistniało. zapomniałam. Wymazałam z pamięci. Coś mnie gniotło, ale nie wiedziałam co. Uciekałam i znajdowałam "ciekawsze" zajęcia. Aż usiadłam sobie rozluźniona i spokojna (bo przecież zapomniałam już o czym mam niepamiętać) i ... przypomniałam sobie.
Uderzyło we mnie wszystko to co zapomniałam w momencie zaistnienia i ucieczki świadomego umysłu - aby tylko nie pamiętać.
Zasmuciłam się.
Bardzo się zasmuciłam.
Nie jestem zwolennikiem bycia "otwartym" zawsze i wszędzie. Bo czasem to się mija z celem. No ale zawsze zostają mi ukochane osoby, przed którymi mogę to zrobić. Mogę być totalnie sobą. Mogę mówić co mnie boli i jaki mam problem. Bo będąc z nimi wiem, że nie ocenią mnie. Bo nie patrzą na mnie jak na konkurenta, (magowie i gurowie :/), bo szanują, doceniają i akceptują. No i przy okazji pokazuje się ich mądrość bo rozumieją i wiedzą, że niezależnie od etapu rozwoju nadal pozostają jeszcze jakieś nieuzdrowione smutki i programy, które im bliżej światła tym bardziej błyszczą. I tym bardziej ludziom z zewnątrz wydają się banalne, tudzież okrutne i złe. Moi ukochani wiedzą i rozumieją. Akceptują i słuchają. Czasem coś podpowiedzą. No i jeszcze pozostaje otwartość w swoim własnym domu. Bo to przecież podstawa jest. Gdzie mogę być bardziej bezpieczna jak nie w swoim własnym domu? (tu oczywiście wiąże się to z każdym znaczeniem tego słowa. Czyli nasze wnętrze, my sami, no i Dom ;) ) Powiedzmy, że dom w którym mieszkam jest dla mnie takim synonimem bezpieczeństwa. Wreszcie nie ma tu agresorów, wampirów energetycznych, smrodu, dysharmonii, ataków energetycznych. Jest bezpieczeństwo, spokój, harmonia. ....
A kiedy to miejsce przestaje być dla mnie bezpieczne?
Gdy sama z własnej woli zaproszę tu kogoś, kto zaburzy moje bezpieczeństwo.
I huj.
Wpuściłam. Jeden raz zadziałał system obronny (hehe, niesamowite cuda;) ), ale zaprosiłam po raz drugi..., i kabum.
Załamka
lekcja/puenta?
dopóki nie jest się pewnym na 100 % swych dążeń, kreacji, myśli, przepracowanych wzorców, które są już tylko opowieścią... to kurna buzia na kłódkę i siedzieć cicho. Nic nie mówić, nie wspominać, nie rozburzać energii, która się właśnie buduje i tworzy, która się dopiero stabilizuje i utrwala. Buzia na kłódkę tym bardziej, gdy nie jest się jeszcze w pełni bezpiecznym z tą kreacją i ewentualnie jeśli ktoś zapyta to spokojnie powiedzieć, że owszem , opowiesz wszystko, ale teraz nie bo: to i to.
ehh...
wiem, że napisałam coś takiego poniżej..., i wiedziałam o tym..., i co z tego skoro nie potrafiłam tego zastosować zbyt długo.
Trzeba bardzo uważać na to co i komu się mówi. Niekiedy ludzie nie do końca z czystymi intencjami do nas, mogą bardziej bądź mniej świadomie zaburzyć naszą jeszcze nie zawsze do końca stabilną kreacje. (tzn, nasze podejście do kreowanej rzeczy).
ehh...
długo się uczę.
Ale mam nadzieję, że skutecznie.
Pozostaje mi tylko zakasać rękawy i zacząć od nowa. Bo sygnały sukcesu poszły i przestały się pojawiać. Spakowano do ciężarówki pakunki i odjechano. Nawet ich nie dotknęłam :(
A tak nawiasem: to NIE wygląda jak koza :P
nanii 2006-12-05 12:34:27