mama dzwoni:
- no i jak z tym ślubem? - radośnie zaświergotała przez telefon.
- no nie wiem, raczej przełożymy - lekkie znużenie i spacerująca wprost na mnie irytacja zaczynały przedostawać się przez granicę spokojnej pogawędki. Zapowiada się ciekawie. Czy oni nie mają swojego życia?
- no bo musisz jeszcze kostium kupić - przecież to takie oczywiste, że muszę kupić kostium, obrączki, dom, chleb na kolacje (bo śniadań nie jadam) i co jeszcze?
- ????....!!!!! KOSTIUM? Jaki kostium? Po co? - irytacja przyspieszyła kroku łącząc się po drodze z ogromnym zdziwieniem i nutką złości. - Chcesz to sobie kup - z dumą odpowiedziałam odkrywając szczyty mojej elokwencji.
- Nie, nie mi. Tobie. No bo przecież w dżinsach nie pójdziesz - powiedziała mama z rozbrajającą szczerością i przekonaniem o prawdziwości swoich słów dodając nutę oburzenia.
- yyyyy - moja odpowiedź wskazywała idealnie wysoki poziom IQ. Pustka. Nic w głowie. Wejść w grę czy pozostać na zewnątrz? Czytaj: tłumaczyć, że mam się w co ubrać eleganckiego, czy sie rozdzierać dlaczego to ona ma o tym decydować i to moja sprawa w co się chcę ubrać, i że może dżinsy nie są takim złym pomysłem, a może....
- Ale dla nas jest to tylko formalność! Dla nas nie jest to coś nie wiadomo co. A dla was to jakieś wielkie wydarzenie, ale to nasze życie i NASZ ślub. Zarówno moja jak i G. strona rodzinna ma na to jakieś spojrzenie i wizję jak to *powinno* wyglądać. A nam to nie odpowiada. Dla was jest to...
- No ale przecież ja nie mam żadnej wizji - wtrąciła mama w środku zdania :/
- ...ale masz wizję, że powinien być jakiś kostium - może klauna? Tak mi przeszło przez głowę - I G. mama też jakoś to tam widzi, i że rodzina, i obrączki, i spotkanie, i zapoznanie - tak, nasi rodzice się jeszcze nie znają werbalnie ;) - A nas to nie rajcuje! Najlepiej byśmy chcieli, aby wziąć po cichu, nikomu nic nie mówić, a za jakiś czas zaprosić was wszystkich do naszego domu i powiedzieć, że jesteśmy małżeństwem już od 3 lat - no. Dobrze jej powiedziałam, nie?
- Ojjjjj - przerażenie przemknęło drutami telefonicznymi - Ojciec by ci tego nigdy nie wybaczył - zacisnęła zęby. Na pewno zacisnęła.
- A co mnie to obchodzi? - irytacja i nutki złości radośnie tańczyły przed moimi oczami - To jego nerwy i jego wątroba! Dlaczego mam spełniać jego zachcianki? To moje życie i moje wybory! - kiepski ten ostatni tekst, ale po prostu poczułam ciążącą karmicznie ciężkość na koronie. Presję i odcięcie od Ziemi. Wsparcie tylko od PS. A tam? Odruchy telenowelowe. Ostatni głęboki wdech i:
- I właśnie dlatego nie chcemy z G. tego robić. Bo zaczyna to być dla nas męczące. Dla nas to tylko formalność, abym miała ubezpieczenie, aby był mniejszy podatek, aby nie było problemów podczas kupowania ziemi lub domu gotowego. Już zdążyliśmy się dwa razy pokłócić o to. A to nam nie odpowiada, dlatego, na teraz, zrezygnowaliśmy z tego. - no. Lepiej mi. Odzyskałam czucie.
- No dobra.
I dalej rozmowa potoczyła się już luźno i o pierdołach.
Czy jestem jakaś nienormalna? Dla mnie to jest jak zakładanie wspólnego konta w banku. Idziesz, podpisujesz papiery i już. Ślub? To samo. Idziesz, podpisujesz papiery i już. A jak słyszę gadanie na temat tego jakie znaczenie ma za mąż pójście, to normalnie mnie skręca i stwierdzam, że ja w takim razie wole być bez tego zaszczytu.
Chociaż te korzyści płynące z tej "formalności"... podatki, ubezpieczenie itp...
Najbardziej ciążą mi oczekiwania społeczne tego jak to powinno wyglądać. A ja nie chcę, aby coś się zmieniło. Niektórzy mówią, że małżeństwo to śmierć dla miłości. Tak, jak się uruchomią wzajemne wizje na temat małżeństwa, tudzież jeżeli rodziny młodego małżeństwa mają swoją wizję i starają się ją zrealizować na swoich pociechach. Boszszszsz....
Paweł sobie poradził. Na początku było psioczenie na niego i Ulę. Bo po trzech miesiącach znajomości się pobrali. Czy jakoś tak. I też bez wesela i zbędnych ludzi. A i tak zwaliło się kilkoro niezapowiedzianych gości. I teraz są fajni i kochani. Z drugiej strony, większość pozostałych oczekiwań tego jak to powinni żyć spełniają (po prostu im to nie przeszkadza. Dzieci, wielopokoleniowe święta, pracujący mąż), a te, które nie pasują to się delikatnie udaje, że się ich nie widzi i się nic nie wie (no bo przecież to niemożliwe, aby nie chrzcić dziecka i pozwalać mu wybrać jak dorośnie). A my z G.? Dzieci mieć nie chcemy. Święta może i chcielibyśmy spędzać razem, ale tak jakoś nie chcemy zostawiać naszych rodziców samych. Poza tym lubimy spędzać czas pierwszego dnia świąt z naszymi rodzicami. No i tak bardzo ciężko mówić do teściów per mamo/tato. Te wszystkie "teraz się już wszystko zmieni" dobijają nas i wprowadzają zamęt. Nie pobieramy się z "miłości". Jesteśmy razem ze sobą z miłości. A pobieramy się dla interesów. I kropka.
nanii 2007-03-06 22:39:42