miał być cytat z książki, ale będzie sen. Był przed wczasami jeszcze.
Sen jak sen. Jakiś chłopiec, którym się opiekuję, wywala mu niska samoocena, że nikt nie chce go wziąć do drużyny, aby grać w piłkę. Mówię mu, że przecież trener właśnie jego chce i chce go na pierwszego napastnika. On się dziwi, bo nie dosłyszał. Ale ok. Idzie, cieszy się. Strzelił bramkę. Wszyscy się cieszą. Ja też mu gratuluję. Trener chce ze mną porozmawiać. Chce mnie gdzieś zaciągnąć. Orientuję się o co chodzi, (hehe, napaleniec;) ) i kapuję, że to sen. Mimo tego, że nie chcę iść z nim i zawracam to i tak znajduję się w konsekwencji przy nim. Mówi, że chce mi coś pokazać. Powietrze zaczyna wibrować. Tracę czucie w nogach. Upadam. Odczołguję się. Mówię, że nie chcę. On zaciąga mnie z powrotem. Wiem, że to sen. I mówi: "Patrz!" Znowu zaczyna wszystko wibrować. Słyszę dźwięk i znów tracę czucie od pasa w dół. Upadam. Jest mi słabo. Mówię, że mam dość.
- Nie chcę tego już. Idę stąd. - odchodzę. Widzę jak tłum ludzi idzie w moją stronę. Oni wiedzą, że ja wiem. Odczuwam strach i chcę uciec. Ale wciąż wiem, że to sen. Wiem co robić. Wchodzę na drabinki i zaczynam do nich mówić. Do ludzi. Nie drabinek;)
- Po kolei. Powiedzcie o co wam chodzi i czego chcecie. Dostaniecie wszystko o co poprosicie. Tylko musicie wiedzieć czego chcecie. - To sen, to sen, to sen...to. sen? To wciąż jest sen? Co ja gadam? Kto gada? - Więc kto pierwszy? Ustawcie się. Na zmianę starsze osoby i dzieci. - mam wrażenie, że moje usta mnie nie słuchają. Nie wiem co będą mówiły. Pierwszy jest młody mężczyzna.
- Czego pragniesz? - pewność zdecydowanie. Patrzę wewnątrz, ale jakby z boku mnie.
- Chcę samochód. - wygląda na zdecydowanego. Będzie łatwo.
- Dobrze, jaki?
- No samochód. - powiedziałam zdecydowany?
- Dobrze, ale jaki? Jaki kolor, jaka marka?
- Yyyyyyyy - hmmm. To trochę potrwa:/ - No bo,..., ja bym chciał niebieski.
- Dobrze, ale jak ma wyglądać - czuję spokój, wyrozumiałość i cierpliwość.
- No ja chcę samochód!!! - niecierpliwiec :P
- Dobrze więc, dostaniesz niebieski samochód. Niech się stanie. - czuję ciepło. Dziwny jest ten umysł. - Niech się stanie niebieski samochód. Słyszysz? Już jedzie. Usłysz go. - logiczne i oczywiste. phi. - Słyszysz?
- Słyszę - radocha na jego twarzy. A ja? Ja nie czułam ani radości ani smutku. Akceptację. Dziwne to odczucie. Podjechał niebieski samochód.
- Jest twój.
- Łeeeeeeee, taaakiiiiiiii - grymas zniechęcenia i dezaprobaty.
- Chciałeś niebieski, nie powiedziałeś jaki ma być. Następnym razem sprecyzuj dokładnie, bo jeśli nie, to dostaniesz wypadkową panujących energii wewnątrz ciebie. Nie koniecznie to czego chcesz. Daję to co mówisz, że chcesz. Nie wiesz czego chcesz, nie wiem co stworzyć. Następny!
I tak przerobiłam całą gromadę. Leczenie chorej nogi, lalkę, i takie tam. Dzieci są najlepsze. Wiedzą czego chcą.
Mija jakiś czas. Może rok. Znowu to samo miejsce. Ci sami ludzie. Ten sam cel. Wymagania i żądania. Ten sam facet.
- Czego chcesz?
- Samochód.
- Jaki?
- Niebieski. - wiedziałam, że po raz kolejny będzie to samo. Pomyślałam, że źle robię. To nie tak. Przyszła mi do głowy myśl. Nie poczułam irytacji, ale smutek. Przeszedł, gdy znalazłam rozwiązanie. Zaczęłam pogawędkę.
- Słuchajcie. Chcę wam coś pokazać. Ty, powiedz wszystkim czego chciałeś.
- Samochód.
- Dobrze, a powiedz, który raz ty już go chcesz? - przeszła mi myśl, że to już trzeci raz. W głowie materializowała się wizja tego co chcę przekazać. Wiedziałam jakich słów użyć, aby zrozumieli co chcę powiedzieć. Wiedziałam co odpowiedzą i jak zareagować, aby osiągnąć cel. Jakiś koleś ciemnoskóry odezwał się z tłumu:
- Ja już wiem, co chcesz nam powiedzieć! Chcesz się wymigać od robienia cudów! Nie chcesz nam już dawać rzeczy, które chcemy!!! Które nam się należą!!! - fala agresji z ich strony zatrzęsła moim ciałem. Tego nie przewidziałam. Nie wiedziałam. Nie chciałam. Miało pójść konstruktywnie. Jak to się stało? Napłynęła skądś fala akceptacji i zrozumienia. Najlepsze wyjście. Jesteś bezpieczna. Oni nauczą się sami. Tłum zaczął napierać chcąc mnie zlinczować. Mój opiekun złapał mnie i uniósł w górę. Odlecieliśmy do domu.
Koniec.
nanii 2007-03-22 21:14:54