byłam na koncercie mis i gongów tybetańskich. hm... W pwenym momencie podczas koncertu zaczęłam czuć się rozdrażniona. Później przeszło. Tak naprawdę w stan medytacji nie weszłam. Był to z pewnością stan głębokiego relaksu, ale nie medytacja. Tak myślę. Dopiero po jakimś czasie poczułam jak wibruje mi podstawa, później druga i trzecia czakra. Myślałam, że później będzie serce, ale nie było. Za to zaczęło wibrować gardło i trzecie oko. Przy dźwięku fletu mogło dojść serce i korona. Flet był miły. Słyszałam w pewnym momencie jakby ktoś śpiewał OM. Część ludzi słyszała, część nie. Możliwe, że ktoś śpiewał. Albo i nie;) Słyszałam nawet Dżwięk konhy. Ale nie mam pewności czy była tam ;) Stan po? Sama nie wiem. Dżwięk mis byl miły, ale gongi czasem jakby coś rozbijały, a misy harmonizowały. Możliwe, że tak miało być.
Po wszystkim nie udało nam się znaleźć wolnej restauracji ;)
Ogólnie...-nie wybieram się na powtórkę.
Aha. Zapomniałam dodać informację o śpiewającym księdzu, który występował na początku. Ło matko:/ To było przegięcie. Myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. Jeśli on sobie codziennie śpiewa takie afirmacje, to ciekawe jak wygląda jego życie :/ Więc zrobiłam dwa tulipany z papieru :) A tak, aby się czymś zająć. Rano wkręciła mi się piosenka o Jezusie..., eh joh
nanii 2007-04-02 10:41:34