Ale się spitoliło. Jedynym pocieszeniem jest to, że w takim stanie umysłu zdolność kreacji zmalała do minimum. Są tego plusy - nie spadła mi na głowę jeszcze żadna ciężka skrzynia z narzędziami (a może powinna?).
Minusem jest zawężona świadomość, zawężone czakry, za ciasne spodnie...- wszystko za-coś .
Nie mogę zwalić winy na Boga za brak realizacji tego co chcę, bo to nie jego wina. To zależy ode mnie. Nie wyciągam ręki po nic.
Nie mogę zwalić na system, że nie znajduję pracy - bo nie robie nic (Tak, nic!) w tej kwestii. Małe pierdnięcia wykazujące, że jednak coś robię, to tylko tak, aby nie czuć winy..., za bardzo.
Nie mogę zwalić winy na nikogo za mój obecny stan - bo sama się do niego doprowadziłam.
I to, że naprawdę nie mogę zwalić winy na nikogo za wszystko co się dziej obecnie w moim życiu - dobija mnie najbardziej. Odpowiedzialność za siebie, swoje decyzje, myśli i działania ma swoje konsekwencje.
Mając świadomość, że mogę wszystko to co postanowię (oraz wszelkie dowody na to, że tak naprawdę jest, czyli nie jest to czcze gadanie magusa wielgusa potrafiącego dużo gadać a nic nie robić), nie robię nic, aby to się zadziało. Nie boję się, że coś nie wypali, ale tego, że się uda. Zaczynam się obawiać tego, że wychodzi mi coś takiego co się nazywa życiem i może warto by było to tez spitolić?
Nie rozumiem. Boję się osiągania wszelkich sukcesów w każdej dziedzinie. Przestałam widzieć, przestałam uzdrawiać, przestałam Wiedzieć, przestałam się modlić, przestałam spotykać się z ludźmi (zaczęłam uciekać przed nimi), przestałam wyszywać, przestałam dbać o moje otoczenie, przestałam dbać o kontakty z kimkolwiek, z chęcią przestałabym z nimi rozmawiać (narazie jestem na etapie słuchania. Tego jeszcze nie przestałam. Ale rozmowa/dialog jest dla mnie już abstrakcją tudzież dużym wysiłkiem). Zdaję sobie sprawę jak mogą wyglądać spotkania ze mną. Siada wszystko. Emanuję zniechęceniem i niczym. Dyskutowanie na temat tego jaki mam kolor aury zostawiam w domysłach. Jeszcze nie przestałam jeść, ale to tylko dlatego, że obecnie działam na zasadzie kopiowania. G je, to ja też jem. Straciłam też radość z gotowania. Zrobiłam ostatnio pierogi z soczewicy. Dobre - ALE. Musiałam je spaprać oliwą z oliwek i szczypiorkiem:/ Przecież wiedziałam jak to smakuje... no i to przeklęte ciasto... nie mam pojęcia co robię nie tak...eh...
Ostatnio z powodów zawirowań z mieszkaniem i czwórką właścicieli tego jednego, nerwica się odezwała. Serducho poszło na spacer i pomachało z daleka. Tym razem użyłam tabletki większej, ale łagodniejszej w działaniu. Drugiej narazie nie ruszam.
Nawet G. podświadomie rzadziej ze mną przebywa. Sama nie mam już ochoty przebywać ze sobą.
Byliśmy u rodziców G. Lubię ich nawet. Pan wąsacz jak zwykle radośnie zabawny z fajnym poczuciem humoru. Pani o białych włosach jak zwykle... - "starająca się". Ale to tam zaczęło dopadać mnie znerwicowanie. Pojawiły się koszmary, serce wariujące, próbujące wyrwać się z tego miejsca, ciała, czasu. Poczucie winy, że nie zarabiam, nie pracuję (praca=8h dziennie 5 dni w tyg. Raz w miesiącu wypłata), nie mam celów i takie tam. Pasożyt nudzący się w domu.
Poruszyłam w tym pisaniu 4 wątki, które chciałam pociągnąć dalej. Nie udało się.
Każdy przejaw dobrej myśli skierowany do mnie zabijam nie działaniem.
Głupia płaksa.
nanii 2007-04-25 22:07:20