jak cudownie, że pojechałam na te zajęcia. "Ból istnienia" był świetnym tematem na obecny czas. Skąd deprecha, nerwica, ciągle powtarzający się schemat bólu, podobne sytuacje powodujące ten sam efekt. Skąd jak i dlaczego. Wiadomo już. Nie byłam na sesji pierwszego dnia. Pojechaliśmy do znajomych. Tam powtórzył się schemat mojego pierwotnego bólu. Jeszcze wtedy nie byłam w stanie racjonalnie na to spojrzeć i skojarzyć. Bolało wszystko. Dostałam drgawek. Byłam przerażona i bardzo smutna. Dobrze, że Agatka była ze mną. Serce fizyczne zaczęło nawalać. Nie wzięłam tabletki ratunkowej z nadzieją, że będzie gorzej. Później kochany G. próbował coś powiedzieć, zrobić. Będąc szczerą wobec niego, powiedziałam, że nie powiem mu teraz o co mi chodzi (nie miałam ochoty/nie wiedziałam jak/nie wiedziałam nic/ślepa i boląca), ale że tak w ogóle, to mu powiem, ale później. Zgodził się. Rano, pani Ewa znowu mnie wkur*, czułam, że jej nienawidzę. Przypomniałam sobie nasze wcielenia, w których ona wciąż próbowała podrywać moich partnerów. (tak, tak, nauczyłam się wreszcie dokładnie co to znaczy zazdrość o partnera. Dlaczego nie nauczyłam się tego wcześniej?) Ale nie tak "normalnie". To nie flirtowanie, które i ja lubię i nie widzę w nim nic niewłaściwego, niezależnie od tego czy ma się partnera czy nie. ALE chodzi o całkowicie i w chory sposób wyrafinowaną manipulację energetyczną ukierunkowaną. Niejawną. Nienawidzę takich. Faływe, kłamliwe, obrzydliwe. "Święte" i przypadkowe, lecz powtarzające się. Konsekwentne. Sama je stosowałam więc wiem na czym polegają i kiedy je ktoś stosuje - zwłaszcza w takim celu. Następny dzień to kolejna rozmowa z G. Próbowałam jasno określić o co tak w istocie mi chodziło. Zdaje się, że pomimo tego, że mówiliśmy o tym co ważne było dla mnie, to i tak nie doszliśmy do "magic word", które by mnie uspokoiło. Później dalsza część morderczych testów (Lesiu przeszedł sam siebie ;)) Coś się rozjaśniło i na przerwie kolejna rozmowa. Boże, dzięki ci za tego człowieka, że jest ze mną, że kocha, że akceptuje i że jest wyrozumiały :D Wreszcie doszłam do TEGO słowa/stwierdzenia, które było ważne dla mnie i które rozwiało wątpliwości i totalnie mnie uspokoiło. Nie interesowało mnie to, że kocha, to że on by z nią nie koniecznie, ani to, że on ze mną itd. Żadne zapewnienia nie były ważne. Ale jedno stwierdzenie. Jedno. Z radością bym je podała, ale nie jestem pewna, czy G. by się na to zgodził. Nawet zaczęłam się zastanawiać czy to nie jest kwintesencją kobiecości..., a może męskości?
W konsekwencji, po obiedzie, zostaliśmy na sesji. To była naprawdę dobra sesja. Doszliśmy nawet do pierwotnego bólu mojego. Miałam naprawdę fajnego, chętnego i ładnego terapeutę;)(oczywiście chętnego na sesję reg). Doszłam do powodów, przyczyn, konsekwencji, świadomości powtarzania się schematu itd. Sesja owocna i przynosząca rezultaty. Czuję się usatysfakcjonowana. A na sam koniec okazało się, że mamy wspólnego znajomego "nie-rozwojowca", gdzieś daleko z Rybnika:) No i zaprosił mnie i G. na występ swojej grupy kabaretowej:D
Teraz czuję się już naprawdę dobrze (nawet jeśli zgubiłam po raz kolejny komórkę). Jest światełko w tunelu idę do przodu. Po co były mi te zjazdy też już wiem. Nie chwalę się jeszcze, bo nie mam teraz czasu:) może później.
nanii 2007-04-30 16:00:05