Przybyłam (w środę, nie we wtorek) ;) do Sylwii o 12 (lekko przed). Wyszłam o 24:15.
Ponad 12 godzin pracy nad sobą. Ciągłej i miejmy nadzieję skutecznej. A właściwie to nie mam nadziei. Mam pewność, że skutecznej. Dawno nie miałam takiego skumulowania energii, siły, chęci. Do życia, do działania, do czucia, do pracowania. Czuję się jeszcze lekko zagubiona. Tyle rzeczy. A tak naprawdę każda z nich łączy się w to samo. Wychodzę na prostą. I miejmy nadzieję, że tym razem nie cofnę się przed samym szczytem.
Rysowałyśmy nasze maski :) a później modlitwa, później sesja. Ja pierwsza. Później zamiana. Sesja dla Sylwii. Później modlitwa.
Na dziś mam zaproszenie ponowne. Tym razem popołudniu. Ale wydaje mi się, że nie dam rady. Za dużo rzeczy wyszło, ogromny natłok informacji. Chcę to ogarnąć, chcę pospacerować. Pomyśleć. Dużo wspólnych rzeczy miałyśmy. Dużo podobieństw sytuacji, podobne wzorce. Dużo tego. Noc miałam prawie bez snów. Nie mogłam usnąć, a rano po obudzeniu, po 5 godzinach snu obudziłam się nie pamiętając żadnej nawet poświaty snu, (co mi się naprawdę rzadko zdarza). Później usnęłam jeszcze na 2 godzinki, tym razem ze snami. W jednym z nich czyściłam kibelek. Po umyciu był bialutki i lśniący. Za to szczotka do mycia była czarna i ciężka. Pomyślałam, że żałuję, że nie mam szczotki, którą miałam na starym mieszkaniu. I że nie chcę tej. I że ją wyrzucę. Kupię nową :)
I tym optymistycznym i jakże ciekawym snem, zakończę mój dzisiejszy wywód. :)
nanii 2007-05-31 11:55:26