bardzo lubię ludzi.
Są jak nie koniecznie skomplikowana książka, o lekkiej fabule. Czasem z zaskakującym zwrotem akcji. I to ich mgliste spojrzenie. Jakby żyli za zasłoną swoich własnych iluzji.
Lubię ludzi.
Grają rolę swojego życia. Naprawdę się starają. Są scenarzystami, aktorami, reżyserami.
Lubię ludzi.
Są gotowi poświęcić swoje dusze za Oskara Oskarów. W większości nie mają wolnego od pracy jaką sobie przydzielili. Dzień w dzień kolejne maski, role, scenariusze do odegrania. Czasem odgrywają po raz enty te same sceny.
Lubię ich.
Nigdy nie wypadają z roli, a jednocześnie łatwo przechodzą z jednej sceny do drugiej, ani na chwilę nie pokazując swej prawdziwej twarzy, aby ktoś postronny nie powiedział, że się nie nadają "do życia".
Lubię ludzi.
Czasem gram w ich filmach. Niektóre mi się nie podobają. Idę grać gdzie indziej, gdzie gaża za rolę jest wyższa. Nie gram za free. Nie chcę dopłacać. Gram, jeśli widzę korzyści. Zbieram kasę na mój własny film. Bycie producentem to ciężka, choć naprawdę przyjemna praca.
Lubię ludzi.
Czasami czytam scenariusze ich życia. Tak z ciekawości, albo dla sprawdzenia, czy jest tam jakaś rola dla mnie. Czasem ją znajduję. Wchodzę w rolę, nie tracąc pamięci Jestem. Wchodzę i gram.
Nie jestem najlepszym graczem. Nie często chcą mnie zatrudniać. Mówią, że nie uczę się tekstu, że nie umiem grać wg tego co zostało wcześniej ustalone. Mówią, że psuję im koncepcję. Nie potrafią grać ze mną. Nie trzymam się scenariusza.
I tak lubię ludzi.
Za ich wytrwałość w trzymaniu się roli. To co nie pasuje, wymazują. Mają wtedy taką mgłę w okolicach głowy. Wymazują i dla nich nic poza aktualnie stworzonym porządkiem świata, chociażby trzymającym się na bardzo cienkich nitkach realności, nie istnieje. Zazdroszczę im tego. Czasem próbuję się tego nauczyć. Tej mgły. Nie wychodzi mi. Muszę jeszcze poćwiczyć.
Mówi się, że po pewnym czasie aktor staje się postaciami, które grał. Zaciera się linia pomiędzy tym kim jest i maskami, które zakładał przez wieki. Potrafi być Alicją w krainie czarów, Kopciuszkiem, dzielnym Lancelotem, a nawet okrutnym Hao, mającym za nic ludzkie istnienie. Wszystko w krótkich odstępach czasu. Przejścia z jednej roli do drugiej są płynne. I żadna z postaci aktualnie grająca nie pamięta i nie wie o istnieniu tej drugiej. Czasem złoszczę się na siebie, że nie zapominam. Pamiętam role i wypowiedziane sekwencje. Nie umiem być jednocześnie osłem i Shrekiem. Nie zapominam. Tego kim Jestem.
nanii 2007-07-02 17:51:08