Po przyjeździe z Lomisiowych zajęć czułam się cudownie! Wręcz wspaniale. Odnalazłam siebie i wiedziałam czego chcę i co jest dla mnie ważne.
Ale widać, nie było mi z tym dobrze bo zachciało mi się jechać do Miasteczka.
A mówił mi świat nie jedź tam.
Nie przyjechały dwa autobusy. Tramwaje zniknęły. Lekko się zirytowałam i już chciałam olać sprawę. Nie jedź tam. Mówił świat. Ale zdecydowałam się jednak postać i poczekać na coś co jedzie na PKP i pojechać późniejszym pociągiem.
A w pociągu kogo spotkałam? Taką jedną Anię. Okazało się, że ma gdzieś jakieś tam społeczne trendy czym się w życiu zajmować, olewa to czy zarobi czy nie i zajmuje się tym co kocha, co sprawia jej radość i idzie w tym właśnie kierunku. Dojechałam do miasteczka wieczorem. Nawet zaintrygowana rozmową w pociągu.
Miałam wracać już na drugi dzień. I co? I za namową (bo będzie miał kto dla robotnika obiad ugotować, bo będzie miał kto Pati przypilnować, bo będzie miał kto zakupy zrobić itd itp, a my jedziemy na grzyby), zostałam.
Noc była koszmarem.
Facet, który mieni się moim ojcem wyrwał mnie ze snu. Chodziło o pierdołę. I później raz jeszcze.
W zasadzie nic wielkiego. Gdyby nie to, że byłam tak wyrywana ze snu przez jakieś 21 lat. (oczywiście nie cały czas;))
21 lat w ciągłym strachu i gotowości czy to ten wieczór? Czy prześpię spokojnie do rana? I za każdym hałasem zerwanie się z łóżka, silny strach i panika, stan gotowości, ból żołądka.
To nie moje miejsce, to nie mój dom.
Kurna.
Zapomniałam już o tym wszystkim.
Wyjechałam najszybciej jak mogłam. Czyli następnego dnia po 15 :/
Efekty? Pierwsza noc w moim mieszkaniu to koszmary. Męczące. Nie mogłam usnąć. Druga po modlitwie radosnej o regenerujący sen - cudowna. Przespałam do rana. Ale wzorce już wyruszyły w swoją podróż. Kolejna noc to koszmary. Prawie zero snu. Przy okazji przypomniałam sobie jedno zdarzenie z moim (tfu) szwagrem.
Kurde! Jak już zaczęło wywalać to na całego. Grrr.
Dziś nawet myślałam czy nie napić się czegoś mocniejszego. Na rozluźnienie. Albo zapomnienie jak kto woli. Nie chciałam sama, a ten, który mógłby mi potowarzyszyć, zniknął ;) ehh
Więc co?
Ano mam syndrom ucieczki.
Wypieki na policzkach i wielki krzyk: "Spier...laam!"
Tak czasami jest, jak już się nazbiera wszystkiego po same brzegi, to jedyną możliwością jest zostawić ten zapchany worek i zacząć od nowa, na czysto.
Gdzie indziej. W innym kraju ;)
Nie wiem czy mam pozytywne intencje co do wyjazdu do UK (gdziekolwiek ale tam). Pewnie nie. Obecnie jedyną decyzją jaką podjęłam to taka, że jutro jadę do Sylwii i mówię jej, że rezygnuję. Tego akurat jestem pewna.
A reszta?
Zamykam się na 4 spusty w sobie i zajmuję się tylko i wyłącznie sobą. Chcę ponownie odnaleźć siebie, zharmonizować to co tam jeszcze zostało.
Boję się.
nanii 2007-09-24 22:14:37