Zaczynam się już męczyć moim entuzjazmem, który spełza na niczym. To nie mój kumpel od zadań ma problem z działaniem, ale ja (tudzież, również ja). Owszem, działam. Skutecznie i bez oporów. Pod warunkiem, że nie jest to działanie długofalowe. Wtedy padam. Potrzebuję analizy psychiatrycznej :D Coś mi tam świta, że to jest cośtam i z chęcią bym o tym poczytała, bo czasem to pozwala wiele rozjaśnić w głowie i łatwiej jest przeciw temu zadziałać. A tak, chodzę po omacku. Może jakbym działanie długofalowe zapisała i rozbiła na kolejne fazy to byłoby to kilka działań na zasadzie tu i teraz, i byłoby mi łatwiej? No. Dobra myśl.
Dlaczego euforia i radość z ogromną dawką energii przeradza się w opadnięcie sił i poczucie bezsensu? A, w tym momencie trzeba się cofnąć do czasu dzieciństwa. Dziecko (znaczy się ja) mające pomysł, inspirację, chęć, wiarę i ogromną dawkę energii, aby zrobić szalik, dowiaduje się po jakimś czasie, że zostało oszukane i że tak naprawdę to nie ono sprawiało, że ten szalik robił się coraz większy. Zrodziło się poczucie bezsensu, przekonanie, że moja praca, wysiłki i chęci, i tak nic nie dają.
Zobaczmy inną scenkę jak dziecko (znaczy się znowu ja) mające pomysł, inspirację, chęć, wiarę i ogromną dawkę energii, aby jechać z tatą do lasu nagle dowiaduje się, że to była jedna z tysiąca "na pewno pojedziemy, ale ja nie pamiętam, abym tak mówił, ja ci obiecywałem???" Zrodziła się ponownie niemoc. Po co była ta radość, chęć działania, stworzenia czegoś (gwizdka z leszczyny), skoro to i tak nie wyjdzie.
A co tam. Kolejna scena. Dziecko (wiadomo kto) mające pomysł, inspirację, chęć, wiarę i ogromną dawkę energii, aby posprzątać swój pokój gruntownie, nagle dowiaduje się "no i po co ty się będziesz tak męczyć. To jest bez sensu. Powkładaj wszystko tak, aby nie było na wierzchu i zajmij się tym kiedy indziej, bo nie zdążysz do jutra, a i tak do następnego tygodnia będzie tu bałagan." Zrodziło się: więc po co w ogóle robić cokolwiek? Szybko i byle jak. To jest cel. Krótkoterminowy. Po co działać, po co robić coś dokładnie i..., ładnie?
Cholera, nie nauczyłam się wprowadzać działań, które będą miały świadome i celowe odniesienie w przyszłości. I naprawdę nie wiem jak się za to zabrać.
Ciągłe podsycanie wiary, chęci, energii, wyobraźni kończące się na gaszeniu tego, tłamszeniu, zgniataniu. Powodowało zagubienie, niezrozumienie, bezsens i ciągłe poszukiwanie czegoś innego w czym będę mogła wreszcie zadziałać, bo dusza pragnęła działać!
Tak samo działam teraz. Tym razem tez mam swoich strażników, którzy nie pozwalają rozwinąć skrzydeł. Sama, dobrowolnie daję im taką możliwość. Bo tylko to znam. A jeśli ktoś wybije się z moich wzorców i prowokacji to odrzucam jego wsparcie, aby znów móc się zagłębić w niedziałaniu, poczuciu bezsensu i bezproduktywności. Robię to nieświadomie.
A dlaczego wybrałam sobie takie a nie inne dzieciństwo? To JA wybrałam sobie otoczenie, które hamowało, zniewalało, gasiło promyk działania. To był mój wybór. Nie chciałam rozwinąć przy nich skrzydeł. Nie chciałam pokazać kim w Istocie Jestem. Bo? Spotkałoby się to z krytyką, odrzuceniem. Nie przerobiłabym tego co chciałam. Ukrywałam się. To był cel. Ukrycie. Czekałam na swoją chwilę i swój moment, jak tylko pozałatwiam do końca sprawy z tymi ludźmi. Musiałam jakoś zdusić swoje siły witalne. Nie mogłam pokazać memu byłemu nauczycielowi co potrafię (zresztą nie jednemu), bo wtedy on by się nie odkrył i nie pokazałby swoich pierwotnych intencji do mnie. ukrywałby swoją wiedzę. A w momencie gdy okazywało się, że nie mają mi już nic do przekazania stawali się dla mnie niczym. Ale ojciec i tak nie dał się zwieść. Ciągle mówił, że wie, że udaję, że jestem mądrzejsza niż pokazuję, że on to widzi. Powodowało to u mnie panikę, bo jako dziecko wiedziałam, że wiąże się to z jakimś zagrożeniem.
Pozwolenie sobie na działanie, na rozwinięcie energii, która kipi we mnie i pragnie wolności. Pozwolenie na bycie tym kim Jestem. Tu. Teraz. Jestem.
Już się nauczyłam, już nie muszę pozostawać w ukryciu. Po co udawać, że jestem cieniem, skoro i tak to jest jeden wielki pic na wodę i już nieliczni dają się na to nabrać. Ale i nieliczni potrafią zrozumieć.
A co mi tam.
Czas się pomodlić :)
nanii 2007-11-28 10:19:14