Poddałam się.
Po prostu stwierdziłam, że te myśli "zmuszające mnie do samodestrukcji", są dla mnie za ciężkie. Nie mam ochoty z nimi już walczyć, wymyślać jak tu sobie z nimi poradzić. Po prostu przestałam. Rozluźniłam się i powiedziałam PODDAJĘ SIĘ.
I przeszło.
Zero myśli o bezsensie życia i snów zakręconych jak słoik z ogórkami w occie jabłkowym i musztardzie.
I co?
Hm...
Nie jestem oh i ah, bo blokada jakaś jest, ale doznaję przebłysków, hmm. Nie wiem jak to nazwać..., no..., przebłysków Boga? Ostatnio wyczułam miejsce mocy. Ludzie mają zdolność do tworzenia miejsc z wysoką energią i ja znalazłam takie miejsce doświadczając poszerzenia świadomości ObecNOścI. Za każdym razem gdy tam siadam tak się dzieje. Chociaż przez chwilę. No to chyba idzie mi ku zdrowiu.
A co mówi mi świat?
Pokazuje mi ogrom możliwości.
Czy korzystam?
No cóż. Skoro się poddaję to pozwalam, aby się działo samo. Nawet nie mam czasu na strach za bardzo. Bo skoro będzie strach tzn, że znowu zaczynam brać kontrolę nad wszystkim a ostatnio to się naprawdę źle kończy. Więc pozwalam. Czasem tylko złożę życzenie i pozwalam, aby się ono działo. Martwię się tylko, że nie ma we mnie nieograniczonej radości, że się realizuje. Nie chodzi mi o to, aby znowu się osmarkać ze wzruszenia, ale..., no... Sama nie wiem. Nie chcę stracić tego co dostaję. Ale jak sobie pójdzie to też nie umrę z rozpaczy z tego powodu.
Przydałoby się uwolnić od oceny, co? No.
Najważniejsze, że robię to, co naprawdę sprawia mi radość, w czym się spełniam, w czystych energetycznie miejscach, z harmonijnymi ludźmi. Wzrastam. Uczę sie. Rozwijam. I jeszcze na tym zarabiam. To wystarczy.
nanii 2007-12-11 14:02:02