piszę dopiero dziś, bo wcześniej zmęczona rzyganiem i sraniem (a raczej sikaniem tym co powinno mieć konsystencję stałą), oraz z powodu złości na zakończenie całkiem dobrze, wg mnie, napisanej książki, nie byłam w stanie.
Czy ja jestem jakaś ograniczona intelektualnie, bo nie bawią mnie zakończenia, po których mam ochotę się powiesić? Ktoś kiedyś powiedział, że smutne zakończenia pobudzają duszę, człowiek czuje, że żyje i jest zmuszony do przemyślenia swojego własnego życia.
Moją duszę to nie porusza. Ewentualnie ego. Ale nie Duszę! Ewentualnie to RANI moją Duszę. A to mnie nie bawi. Owszem, niektórych to naprawdę porusza. Jak ktoś żyje w odcięciu od siebie i nie ma kontaktu z sobą samym to już tylko młotem i kowadłem można do niego dotrzeć. Czyli jak zobaczy śmierć swojej ukochanej, to może wreszcie zacznie zastanawiać się nad sobą i sensem swojego życia.
Też tak miałam. Nie czułam nic. Więc im gorszy finał tym lepiej. Im więcej śmierci i cierpienia tym większej nirvany doznawałam, swoistego katharsis. Poetyckiego satori. Ale teraz dla mnie to jedno wielkie gówno. Masochiści, którzy doznają swoistego spełnienia i radości, gdy odczuwają przeszywającą tęsknotę i ogromny smutek. Niespełnieni w życiu desperaci widzący sens w śmierci i rezygnacji ze szczęścia a w spełnieniu i happy and'zie nudną tandetę. Bo wreszcie coś ich poruszyło. Bo są tak znieczuleni, że tylko metodą ran i cierpienia są w stanie coś poczuć.
A może to po prostu naprawdę nieszczęśliwi ludzie? Ależ oczywiście. A kto im wybrał takie życie? Ja?!
Czuję złość. A złościmy się na to co mamy sami w sobie tylko tego nie akceptujemy. Idąc tym tropem, ja tak mam. Bo nadal przyciągam do siebie zdarzenia, książki, opowieści, po których ryczę jak bóbr (albo to tłumię), aby cokolwiek poczuć. I wściekam się na siebie, że jeszcze mnie to rajcuje. Gdzieś tam. W środku. Mechanizm wciąż aktywny. Coraz rzadziej, ale jednak. Nie ma we mnie jeszcze w pełni ugruntowanego wyboru, aby moje życie zakończyło się happy and'em. Podnieca mnie ból psychiczny.
Ostatnio wciąż oczyszczam mój związek z G. Zanim założymy obrączki, chcę oczyścić moje intencje do tej całej zabawy w męża i żonę. I wyłazi tyle śmieci, że hej! Nawet ciało nie wytrzymało tych energii i wyrzuciło wszystko co miało jednocześnie z każdego możliwego otworu:/ Moje ciało, po prostu się zbuntowało.
Nie dało rady trzymać tego, że ciągle sobie czymś tam dowalam. Ciągle przychodzą mi do głowy pomysły czym mogę sobie jeszcze zaszkodzić. Ta książka też nie przyszła przypadkiem. A skoro mnie tak wkurwiła to znaczy, że złoszczę się na samą siebie, na to co mam w środku i czego nie akceptuję. A akceptacja nie oznacza zgody, aby to tam zostało. Akceptacja oznacza przyznanie się do tego, że to mam, że tak myślę, że tak kiedyś wybrałam, a nie ukrywanie, walka z tym, chowanie i udawanie, że jest inaczej. Po akceptacji jest już tylko zmiana. Jeśli tego właśnie się chce. Zatem tak, jestem masochistką, która na dodatek nie akceptuje tego. Masochistką, która ma ogromne poczucie winy za wiele spraw i uważa, że zasłużyła na to co ją spotyka pod warunkiem, że jest to coś naprawdę bolesnego.
yh.
Płakać trzeba w spokoju. Tylko wtedy ma się z tego radość
Wcześniej zachwycona tym tekstem zmieniłam zdanie. Zawsze, ale to ZAWSZE powinno się płakać przy kimś (lub z kimś). Nie chodzi o to, aby miał kto przytulić. Nie. Każdą łzę, która się pojawiła kiedykolwiek w życiu trzeba wypłakać. Ale nie w samotności. Chociażby z Bogiem, ale nie wyłącznie samemu. G. mnie tego nauczył. Dzięki niemu zobaczyłam, że gdy płaczę a on jest obok, jest o wiele łatwiej. Płakać i nie zostawać samemu. I broń Boże nie chodzi o przytulenie i pocieszanie. Nienawidzę pocieszania. Bardzo źle mi się kojarzy. Chodzi wyłącznie o obecność i bycie kogoś obok. Tylko to.
nanii 2008-01-18 12:22:18