dziś mogłam wstać dość - hm, rano. Ale nie wstałam. Sen.
Śni mi się, że jakaś kobieta mi pomaga, bo upadłam. Okazuje się, że właśnie urodziłam dziecko. Dziewczynka. Piękna. Widzę ojca dziecka. Lekko zagubiony. Trochę zapomniany. Nie wie co robić, nie wie jak robić. Jak się zachować. Nie jest on dla mnie w tym momencie ważny. Musi sobie jakoś radzić. Ja nie mam czasu mu pomóc. Mam dziecko. Ma piękne niebieskie ubranko. Uśmiecha się. Bardzo chciało się urodzić. Wiem doskonale jak się nim zaopiekować. Wiem doskonale co z nim robić i jak. Doskonale wiem czego potrzebuje i kiedy. Trochę peszę się, gdy widzę reakcje mojej rodziny. Bo to przecież "K", ta mała "K", która teraz opiekuje się dzieckiem. Ciekawe czy sobie poradzi. Ciekawe. Będziemy ją obserwować. Patrzeć co robi i jak. Na pewno będziemy.
Czuję Jedno z tym dzieckiem. Czuję, że wreszcie mam powód, aby żyć, czuję, że moje życie ma sens. Czuję jakiś rodzaj spełnienia. Jestem szczęśliwa.
Sen się kończy.
Myślę o nim przez chwilę. Podświadomie chcę mieć dziecko. Wiem co się z nim robi, jak wychowuje, nie jest enigmą. I daje cel w życiu na wieeeeeeeeele lat. Dla jednych to ograniczenie. A ja nie widzę, aby D.orota się ograniczała mając troje dzieci. Doskonała mama. Doskonali rodzice. Doskonałe dzieci. Dobre intencje. Dobra karma. Po co mi dziecko? "Aby je kochać" - cytując nie zastanawiającą się ani przez chwilę Asię from UK.
A świadomie?
Gdzie?
TU?!
W tym mieszkaniu?!
W takich warunkach?!!
Po co?
Jako antydepresant???!!!
:(
Z takimi nieczystymi intencjami to ja nie chcę.
Bo zrobię krzywdę sobie, dziecku i potencjalnemu tacie.
A po co.
Nagle dostaję sms'a.
"K chyba jestem w ciąży. Zrobiłam test ale jak to możliwe?" Mam jej powiedzieć jak? " dobrze babcia mówiła, że z dupą nie ma żartów. To na razie wiadomość nieoficjalna."
I co?
I w zasadzie się popłakałam. Ze szczęścia. Przecież wiedziałam, że jeszcze urodzi. Mówiłam jej o tym. Bo widziałam obok niej jeszcze jedno dziecko. I coś jeszcze, ale lepiej o tym nie pisać, aby nie wzmocnić. Zadzwoniłam do niej. Gratulowałam i śmiałam się. Pytała jak to możliwe i że to powinno przytrafić się mi. Nie jej.
Mówię, aby się cieszyła, aby radowała, aby podsyłała dobre myśli dzieciątku. Jej mąż się cieszy jak dziki łoś. Pragnie tego dziecka. Nie ważne, że będzie po 50-tce gdy ona urodzi. Jest szczęśliwy. Ona już też.
Moda na nieposiadanie dzieci wciąż mnie zastanawia. Wciąż mam zagwostkę. Wciąż jest to informacja "do rozpatrzenia".
Karma?
Zniewolenie?
Odnowienie więzi karmicznych?
Udupienie?
Ograniczenie?
A ja znam rozwojowców w Miasteczku, którzy radośnie wychowują dziecko. Bez ograniczeń. Bez wyrzeczeń. Świadomie. Bez mięsa.
...
nanii 2008-01-23 13:17:04