Początek dnia kiepskawy.
Kawusia inusia przesłodzona(bleeeeeeeee), śniadanie obrzydliwe - wyrzuciłam - zrobiłam drugie - nie daleko odbiegało od poprzedniego. Nie mam apetytu na nic, ale głodna jestem. Początek dnia do bani. Zjedzenie czegokolwiek to jakaś taka niestraszna perspektywa. Czuję strach, zagubienie. Kiedy pomyślę o tym co będę gotowała na obiad to płakać mi się chce. Nie mogę przestać słyszeć w swojej głowie tego co powiedział. Nie chcę dać temu ani minuty uwagi. I tym bardziej się to dobija do mojej świadomości.
Czy aby na pewno chcę robić ludziom sesje?
Słyszałam już nie jedno, przeżycia takie, że włosy się jeżą na głowie, ale jednak zawsze od ludzi już rozwijających się, mających świadomość emocji, wrażeń, doznań. Mających choć maleńki dystans do siebie i tego co odczuwają. Obcych.
Nie byłam na to przygotowana.
Chciałabym wziąć nóż, wbić go sobie w brzuch i wyciąć kawał mięsa, w którym są moje emocje. Nie chcę się im przyglądać. Dlaczego tak bardzo to na mnie wpłynęło? Bo co, bo to samo wtedy myślałam? Bo miałam to samo wrażenie? Bo o tym samym marzyłam w tym samym momencie? I co z tego, że to było prawie 10 lat temu! Brakowało mi tylko świadomości, że to nie moje. A może moje tylko nakręcone cudzym.
A może teraz brakuje mi świadomości tego, że to była przecież sesja. Emocje podświadome. Ukryte, schowane, niejednokrotnie zamknięte dla samych zainteresowanych. Nie ma tu często racjonalności. Moralności. Grzeczności. Hamowania. Ale jedno wielkie bagno, które trzeba odliczyć. Po co przywiązywać temu wagę? Nie powinnam być zaskoczona. Przecież przyszłam tu z taką a nie inną karmą. I gdyby nie rozwój odegrałabym po raz kolejny scenariusz rodem z horroru. Przeraża mnie to. Boję się tego. Phhh..., boję się tego co mogło się zdarzyć. Mam wrażenie jakby to się stało. Ale nie dziś. Nie w tym świecie. Gdzieś indziej K. w wieku 15 lat nie trafiła na swojego starego mistrza, który podsunął odpowiednie książki i gry. K, która poddała się nasilającej się presji wyobrażeń na jej temat. K, która szukając z utęsknieniem doznań Boga, odgrywa po raz kolejny rolę, która da jej tylko poczucie winy, strachu, a na końcu przedwczesną śmierć.
Trochę się boję tego, co się nie stało, ale mogło ;) Myślenie dyskursywne w istocie boli.
No więc co kochana? Zamierzasz w tym zostać i zastanawiać się dalej co by było gdyby i nakręcać się tym? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Więc się przesiądź i doceń to co zrobiłaś do tej pory. Doceń to co osiągnęłaś i co rozwija się wraz z tobą. Doceń i przetrwaj moment swej samobójczej śmierci. W dzieciństwie bardzo często we mnie pojawiała się myśl "Cokolwiek się stanie nie zabijaj się.", co było raczej dziwną myślą, biorąc pod uwagę szacunek do życia jaki wtenczas miałam i poczucie całkowitego bezsensu pozbawiania siebie życia. Teraz tylko ta myśl trzyma mnie tu.
Zatem w te pędy do wnętrza siebie i powiedzenie "dzięki za możliwości i za poczucie, że nie jestem skazana na odgrywającą się karmę". Jakieś nieprawdziwe to zdanie. Powinnam powiedzieć, że doceniam to, że jestem daleko od tego całego zamieszania, ale to nieprawda. Jestem w tym. Mocno. Emocjami. Odgrywam to. Walczę z tym, tym bardziej przywiązując się do tego. Boże kochany tak bardzo jest mi to niepotrzebne. To nie moje decyzje, to nie moje życie, nie moje pomieszanie, nie moje urojenia, nie moje gry, nie moje manipulacje, nie moje pozory. NIC w tym nie jest moje. TO co odczuwam teraz, to NIE JESTEM Ja.
Nie ma ludzi bez rogów.
nanii 2008-04-08 11:26:23