Ostatnio było spotkanie kilku ludzi z LO w Miasteczku. Z różnych przyczyn i przy tekstach mojego ojca wzbudzających poczucie winy (ale tylko na chwilę) nie poszłam.
Okazało się, że dobrze się stało.
Chciałam ich zobaczyć. Te mordki, uśmiechy, oczy, włosy. Ta ciekawość co u nich, jak żyją, jak myślą, co innego jest w nich, ...
I tu powinnam dodać również: jak piją, jak żygają.
Żadne z nas nie jest tą samą osobą co 8,9 (?) lat temu. Miło ogląda się ich zdjęcia. Choć nie wszystkich. Niektórzy po prostu mnie drażnią. Sama jeszcze nie doszłam dlaczego. Ale w zasadzie jesteśmy teraz dla siebie obcymi ludźmi.
Wszyscy, którzy mieli aspiracje, jakiekolwiek, wyjechali z Miasteczka. Poznań, Wrocław - cały świat. Tylko nie Miasteczko. Reszta siedzi na d. i leczy kompleksy dając na net zdjęcia swoich laskowatych żon i uśmiechniętych dzieci. Ich osiągnięcia życiowe. Złapali super laskę i stworzyli r o d z i n ę. Koniec historii ich życia. Z kobitkami jest różnie, ale i tak co poniektóre świetnie się bawią żygając do kibla.
Co się z nimi dzieje?
Dali się pochować za życia, a jedyną rozrywką jest możliwość skoczenia do kawiarni (HA! W miasteczku jest K A W I A R N I A ! Chyba tylko z nazwy?) i uchlać się aż ich ciało powie dość. Tego chcieli? Jeśli tak - ok. Jeśli nie, co oni tam jeszcze robią?
I teraz zaczynam patrzyć na ciszę i spokój tego miejsca jak na coś co nie koniecznie mi odpowiada. Cudnie pachnące powietrze, zapach ziemi, którego we Wro mi brakuje, ptaki wrzeszczące głośniej niż dzieci na placu zabaw. Las. Cisza. I gwiazdy, których nie deklasują uliczne lampy...-to jest ok. Do tego tęskni mi się czasem. Często. Ale. Nie do ludzi. Tam nie jest się anonimowym. Tam każdy każdego zna. Chociażby z widzenia. Ludzie się nudzą i gadają, gadają, gadają. Brak prywatności przeraża. Będąc tam jest się osobą publiczną. Presja społeczna jest odczuwalna bardzo mocno. Ugniesz się, będziesz miał pozorny spokój od nich (lecz nie od sumienia), nie ugniesz - zginiesz marnie ;)
Wczoraj znajomy powiedział mi coś o babeczce mieszkającej w Miasteczku. Nic nowego nie powiedział. Nic. Ludzie gadają. Ludzie wiedzą.
W zasadzie powinnam to olać. Nie przejmować się. Tak wybrali.
Ale nie potrafię.
Żyłam z tymi ludźmi. Elka, Łukasz i jeszcze inni... Mają potencjał. Marzenia. Aspiracje. Możliwości. I umierają tam. Nie dziwota, że jedyne czego pragnęli to uchlać się i zapomnieć. Aby nie słyszeć tych, którym udało się wyrwać z tego miejsca.
To mnie boli. Zatracone marzenia, które wcale nie przestają się dobijać do świadomości, a nie pozwolenie im dojść do głosu powoduje jedynie zapadanie się w sobie.
Nie chcę tam wracać. Nie chcę tam mieszkać. Nawet w okolicy. Za blisko. Za blisko bab siedzących w oknach i znających każdego z nazwiska panieńskiego i z dwóch nazwisk kolejnych mężów/żon.
Smutne.
Chciałoby się powiedzieć: nie moje.
Może za miesiąc tak powiem ;)
nanii 2008-04-12 14:44:47