Wyjazd do Susan był cudownym darem dla mnie. Inni ludzie, inne energie (nie wyższe-niższe, lepsze-gorsze... - inne), dotyk...
Ludzie na stołach reagowali różnie, każdy miał coś swojego do zrobienia. A mnie najbardziej dopadało na automasażach :D Nie wiem dlaczego. Dwa razy poryczałam się rozmasowując samą siebie.
Pojechałam tam, aby przypomnieć sobie co to znaczy dawać sobie, aby z większą uwagą i sercem dawać innym. I tak dostałam więcej niż prosiłam.
Susan to postać niezwykła. Jej słowa mówiły do mojego serca. Omijały wszystkie moje ściany, barykady i trafiały w sam środek mnie. Proste słowa z dużą świadomością wypowiedziane. Nie były dla mnie bolesne. Bolesna była świadomość zasieków, które stworzyłam, aby nie być sobą.
Kiedy w ostatni dzień wyszłam ze świątyni, na zewnątrz czekali już ludzie, którzy na powrót mieli zrobić z tego miejsca salę z dywanami, krzesłami i stołami. Trochę się zadziwiłam. Ci ludzie nie mieli twarzy! Miałam wrażenie, że nie mają duszy! Pozamykani, spięci, pozakładane maski tak silne, że już dawno nie wiadomo kim w Istocie są. Kiedy szłam z Susan, jeden ktoś przechodził i Susan powiedziała do niego łamane "dżeńdobhry". On nawet nie spojrzał na nas. Mówię jej, że zdaje się, że ten pan potrzebuje Lomi. A ona mi odpowiedziała, że owszem, ale sobie jeszcze z tego sprawy nie zdaje.
Wracając do Wro też zderzyłam się z murem. Ten mur to ja. To ja, o której przez te 5 dni zapomniałam. Zapomniałam, bo to "ja" przestało istnieć. Te maski, które zostały ominięte przez słowa Susan przestały mieć rację bytu. Przestały być. Nawet nie musiałam się wysilać, aby je burzyć. Ale wszystko, powoli i z bólem zaczęło na nowo powstawać.
To bolało. Stwierdziłam, że nie dam się. To ode mnie zależy co dalej się stanie, co się wydarzy, co będę czuła. Nie chcę stracić na powrót tego co odzyskałam.
Nie wiem czy mi to wyszło (choć przez parę dni szło całkiem nieźle), bo moje ciało się rozsypało. Z dnia na dzień. Klienci czekają na masaże i sesje a ja się rozsypałam.
W nocy musiałam spać na fotelu, bo dusiłam się leżąc na łóżku. Gorączka, gardło, katar, płuca, oskrzela, ciało, głowa - siadło wszystko.
Zbyt duże napięcie? Zbyt duży zgrzyt? Zbyt duża walka?
Kurde, mam wrażenie, że w tym otoczeniu nie uda mi się przeżyć.
Będąc w Supraślu uświadomiłam sobie, że w tym otoczeniu, tu, we Wro, nie jestem w stanie już dotrzeć do niektórych pokładów tego co jest jeszcze do zrobienia. A tam? Inni ludzie, inne słowa, inne energie, inne podejście do życia, do ciała, do miłości... - i ruszyło się. Pokłady spraw, z których nawet nie zdawałam sobie sprawy. PS przyzwyczaiła się do mojego obecnego otoczenia i wie jak się zamaskować z niektórymi sprawami. A tym razem energia poszła od strony, która nawet nie wiedziałam, że istnieje. Droga prosto do Serca.
Bardzo bym chciała, aby G. w pełni rozumiał to co próbuję słowem określić. Słowo moje to za mało. ZA MAŁO. Usłyszałam tam tyle ważnych rzeczy, a każda z nich ma mniejsze znaczenie, kiedy mówię o nich teraz.
Chciałabym, aby brał ze mną udział w tym spojrzeniu na życie/świat/miłość/Boga od strony serca. Nie rozumu, umysłu, słów, klasyfikacji. Pragnę, aby miał możliwość doświadczania tego co nie wypowiedziane.
Jedziemy do Danusi na PeLoHa dla par :) To dla nas prezent. Dla nas. To jest dobre :)
nanii 2008-06-12 22:14:22