To poczucie, że zawsze ktoś gdzieś tam jest. Dzięki temu, cokolwiek i gdziekolwiek się robi, nie ma w tym strachu. Bo zawsze jest ktoś. Nie ma samotności. Taka przystań, gdzie jest coś co znam. Gdzie jest coś co wiem jak pachnie.
A jeśli jest brak?
Motywacja strachem. Gotowość na zrobienie w s z y s t k i e g o, aby tylko nie stracić tej cząstki mnie, którą wsadziłam w kogoś innego. Czy uwolnienie od tej cząstki jest częścią oświecenia? Oznacza Wolność? Pieprzenie.
Tylko raz jeden doznałam stanu bez jakichkolwiek połączeń z kimkolwiek. Absolut. Wolność w szerokim pojęciu. I . Brak samotności. Brak przyczyn samotności. Oddech pełną piersią. Radość nad radościami. Życie.
Nie wierzę w ponowne osiągnięcie tego stanu. Nie w tym wcieleniu. Nie następnym. A "staranie się" przyniesie tylko kolejne klocki do uwolnienia.
Więc po co walczyć z tym?
Przez tyle wcieleń traciłam ukochane istoty, aby nauczyć się nie przywiązywać do nich. Nie zostawiać w nich cząstki mnie. Nie zatrzymywać. Nie ograniczać. Siebie. Ich.
A i tak. Za każdym razem uczyłam się ich na pamięć. Każdą z tych istot. Zapamiętywałam. Teraz rozpoznaję ich po zapachu. To jedyna rzecz, która się nie zmienia. A oni dalej odchodzą.
Jestem jak pies. Przywiązuję się do ludzi. Mam silny odruch stadny.
Czasem czuję krzyk wewnątrz mnie i chcę wydostać się na zewnątrz tej plątaniny masek, zależności i oczekiwań (od tego - tak. Ale nie od tego co łączy mnie z tymi ludźmi, miejscami. Nie od ich zapachu. Dlatego wciąż do nich wracam). Pozwalam sobie. Ale nie pozwalam na to innym. Chcę mieć gdzie wracać. Zależność to poczucie bezpieczeństwa. Jasne reguły gry. Nawet jeśli ich brak to i tak wszystko jest jasne. Ta sieć nie może się rozpaść bo nie zostanie nic. Nie znam innego sytemu działań.
Nie ma żadnego systemu.
I w tym jest problem.
Bo skoro nie ma to dlaczego ja widzę go wszędzie? Nie ważne na jakim poziomie. Ziemskim, mentalnym, duchowym. Jakimkolwiek.
Nie wierzę w to, że będą potrafili żyć ze mną, bez uzależnienia. Nie wierzę w to, że ja będę potrafiła żyć bez nich. Nawet jeśli próbuję to i tak po czasie ponownie wytwarza się hormon, który zakazuje myśleć samodzielnie. Ważne jest podłączenie pod "wspólny" mózg. Samodzielność jest zakazana. Owszem, dostępne są pewne formy samodzielności, ale w granicach sieci.
Są małe przejścia.
Takie malutkie.
Z jednego systemu poplątań w inny.
I pomiędzy nimi jest czas na wzięcie oddechu.
A później następuje chwilowy brak świadomości.
A po nim. Budzimy się w kolejnych zawikłaniach z innymi ludźmi, rzeczami, duchami, bogami.
Dzielę się wszystkim, albo niczym.
Ze skrajności w skrajność.
Najbardziej przeraża mnie znalezienie się w miejscu, gdzie nie rozpoznam ani jednego znajomego zapachu.
Więc zamykam oczy na pamiętanie o tym wszechogarniającym spokoju. I ciszy. Ciszy, która staje się tak głośna, że aż czuję ją każdym elementem mego bycia. Nie wiem dlaczego nie potrafię tego znowu odczuć w pełni. Zdaje się, że wolę malutkie prześwity tego rodzaju spełnienia, wolę lekkie zabrudzenie, zakłócenie tej ciszy. Jest wtedy bardziej dostępna. Bardziej słyszalna. Tylko po cholerę uzależniać się od tych "przeszkadzaczy" ciszy myśląc, że to dzięki nim usłyszę znowu?
Tak jest łatwiej?
Nie wiem czy łatwiej.
Tak jest znośniej.
Nie wierzę, że można inaczej. Więc nawet nie próbuję.
nanii 2008-09-01 21:14:31