Bo to wszystko przez Grzegorza!
Bo on się rozwija duchowo zamiast być z zewnątrz ukierunkowany!!! Powinien być, np mieszczuchem, takim jak fiołki (znajomi), albo być taki..., rodzinny - dom, dzieci, pies, drzewo, herbatki rodzinne itd. Albo jeszcze jakiś inny. A tu nic!
Jest na etapie, podobnie jak i ja, uwolnienia tych wszystkich masek uwarunkowań oraz sztucznych barwników życia! I co? I gówno! O_o
Bo nie mogę przez to bazować na nim, bo nie mogę podłączyć się pod niego i żyć podług jego/naszych wspólnych wzorców! Pewnych, wypróbowanych i znajomych. Wszystko byłoby poukładanie i znajome. Role zostały już przydzielone, scenariusz rozdany, gramy - akcja - klap.
A tu lipa.
Znajdź swoją radość. TY piszesz scenariusz, TY decydujesz jak bardzo wejść w rolę, TY przestajesz grać (!!!) Kurde. Jakie to jest trudne do zrealizowania.
I gdyby Grzegorz miał swój scenariusz napisany przez jakiś pierwowzór idealnego życia - byłoby MI łatwiej. Nie mówię, że szczęśliwiej. Ale łatwiej. Wiem, że znalazłabym w tym swoją własną radość.
Facet chce mieć kurę domową? - proszę bardzo
Chce mieć kobietę wyzwoloną? - proszę bardzo
Chce mieć oświeconą? - no problemo
Chce mieć? - proszę bardzo.
Chce stworzyć - ok
Chce, abym o wszystkim ja decydowała - pfff - pestka
Chce mieć samodzielnie myślącą? - proszę bardzo
Chce mnie prawdziwą? - a co to znaczy?
On nie chce wejść w żaden mój scenariusz idealnie szczęśliwej rodziny stworzony przez społeczną potrzebę stabilnej, przewidywalnej moralności.
Nie chce i nie pozwala mi na pójście za jego plastikowymi kreacjami, bo się od nich uwalnia. Są niestabilne. Można ocipieć próbując się pod nie podłączyć i działać podług nich.
Nie chce mojego ja, bo jest równie niestabilne i zafałszowane jak klisze idealności.
Czasem pragnę faceta, który wie czego chce. Byle co, ale aby był pewien tego. A to dlatego, że sama jestem stabilna jak moja tykwa z mate dzisiejszego ranka radośnie wywrócona do góry nogami razem z zawartością. Potrzebuję stabilności i szukam nie tam gdzie trzeba. Nie w sobie. Tykwa i mate oblewająca kable i listwę to tylko ostrzeżenie - przestań grać (w przenośni i dosłownie) i zajmij się tym co się z tobą dzieje (a działo się nie mało, bo Pan Da. postanowił pomarudzić i mnie coś ruszyło nie wiedzieć czemu. I chciałam to olać uciekając w "grę". I się olało. Wszystko. Co się naścierałam mate to moje. Ale zrozumiałam. I zobaczyłam. I nie uciekłam. I dziękuję Panu Da).
Umarłabym żyjąc wg scenariusza. W wieku 28 lat.
A teraz, po prostu nie wiem co mam robić. Nie ma scenariusza. Sama mogę kreować, stwarzać, działać? A co to do cholery znaczy?! W jakimkolwiek kierunku próbuję iść bardzo szybko okazuje się, że to iluzja. Nie moje. Nie ja to stworzyłam, nie ja to wybrałam. Wybrano za mnie. Czasem wizja przyszłości jest naprawdę piękna - wciąż nie moja!
I wciąż nie tego chcę.
To nie jestem ja.
Dziwne. Napisałam to i pomyślałam, że to właśnie jestem ja! Dom, rodzina, społeczeństwo, mieszkanie, praca, itd. P o u k ł a d a n i e. Tylko że to "ja" mi nie odpowiada, bo nie jest prawdziwe. Jakiekolwiek "ja" zostało stworzone na potrzeby przeżycia tu.
Ego - ja. Taka sobie rola - ja. Scenariusz - ja.
To wciąż iluzja. Oddzielone ja. Nie ograniczona potrzeba istnienia ja. Ogromna chęć przetrwania ja. Jak nie być "ja" i czuć swoiste spełnienie w sercu?
Bóg moją drogą i moim drogowskazem?
Kurwa, w tym momencie nawet to nie wiem co oznacza.
nanii 2008-09-09 14:27:38