przyjemność tak wielka, że - niemożliwa. Do opisania. Przeżycia.
napięcie całego ciała? Spazmatyczne skurcze? Nie.
Coś znacznie bardziej ogarniającego.
na początku jest tak jakby zapadanie się w sobie. Wielka czarna dziura, która pochłania wszystko co materialne. Ciało napina się, a potem, na ułamek sekundy, całe ciało rozluźnia po to by nastąpiła eksplozja zmysłów..., krzyk rozkoszy nie dlatego, że chcę ale dlatego, bo nie mam wyboru. Tracę kontrolę. Nad ciałem, nad oddechem, nad krzykiem, nad światem w okół.
Jakaż cudowna to ulga.
Na początku następuje silny skurcz tylko jednego mięśnia. Silne mrowienie, może ból. Ogień. I wiem, że to nadchodzi. Wiem, że za chwilę mój mózg zatopi się w niebyciu, a ja zatonę w przyjemności. Ogarnie mnie energia tak silna, że gdybym miała wybór przestraszyłabym się, że nie przeżyję. Ale wiem, że gdy zginam się lekko w pół - nie ma już odwrotu. Przyjemność obezwładnia mnie. Przejmuje kontrolę i moja świadomość nie mieści się już w ciele. Ciało rozpływa się, więc i mój umysł robi to samo. Brak ograniczeń. Prędkość tego zjawiska jest nieskończona. Staję się. To proste. Poszerzać swoją świadomość w stanie ekstatycznej przyjemności. Nie mam władzy nad ciałem, które właśnie przechodzi katharsis. Krzyk który słyszę nie jest mój. Nie może być mój. Nie mam kontroli nad tym, że krzyczę z rozkoszy, nie mam władzy nad moimi nogami, tułowiem, głową, dłońmi. Przestaję istnieć. Roztapiam się. Na ułamek chwili, która dla mnie jest wiecznością - nie ma mnie. jednocześnie jestem wszystkim.
I wtedy.
następuje cisza. Na ułamek chwili następuje cisza. I On staje się Mną. I ja Staję się Nim. Świadomość. W tym słowie zawiera się wszystko. ale nie w formie rzeczownika. Świadomość jako czasownik mówi wszystko.
A później płaczę.
Zawsze płaczę.
Na początku z radości tego co widziały moje uszy, z radości tego co słyszały moje oczy. Nad tym co posmakował mój nos, co wywąchał mój język.
A później, po godzinie, lub dwóch płaczę bo wszystko wraca do siebie. Ja do ciała, ciało w moje władanie, wszystkie wzorce znowu przyklejają się do mnie, powraca wszystko to co "tworzy moją osobowość". Widzę jak bardzo nie jest to prawdziwe. A nie potrafię bez tego tu żyć. Znowu wszystko otacza szarość. I tylko pamięć tej jednej chwili, tego jednego momentu sprawia, że ... że nienawidzę swojego życia, bo dalekie jest od Tego.
Tu gdzie teraz jestem, w wielkim świecie ..., nie odnajduję Boga. Prowadzę tu idealnie mundańskie życie. Zarabiam sporo kasy, pracuję codziennie, wracam do domu, robię swoje rzeczy, cieszę się całkowitą samodzielnością materialną, prowadzę nic nie znaczące rozmowy, bez wyzwań i myślenia. Plusem jest brak depresji. Pojawiła się na początku. Pokazała rogi i odeszła. Nerwica pożarła już prawie wszystkie tabletki, ale przynajmniej nie ma podłoża depresyjnego.
W PL dostaję depresji, bo staram się żyć jak mundańczyk i nie wychodzi mi. Tu mi wychodzi, ale nie ma w tym ani odrobiny mnie.
Wiem po co tu przyjechałam.
Dostałam to.
Właśnie to dostałam.
Nie jestem tym.
Nie jestem tym co chciałam doświadczyć.
Wiem po co tu jestem.
I wiem co mogę robić.
I mogę.
W Polsce mogę być tym czego doświadczam za każdym razem, gdy..., TO się dzieje. W Polsce każdy mój krok jest modlitwą. Tu modlitwa umarła. Jeszcze przez jakiś czas, na początku, było ok, a później nawet radość ze wschodów słońca stała się czysto umysłowa. Umysł patrzył na niebo, aby znaleźć Boga. Ale Go tam nie odnajdywał.
Dzień przed wyjazdem z Pl, byłam z przyjacielem "pochodzić". Zrobiłam zdjęcie. Na kamieniu wyryte "Do nieba patrzysz w górę, a nie spojrzysz w siebie; Nie znajdzie Boga, kto go szuka tylko w Niebie." Jakże to teraz aktualne..., i jak bardzo nie przypadkowe.
Nie pasuję tu.
To nie moja droga, nie powinnam tu być.
W kwietniu kończy się umowa na mieszkanie.
Wracam:)
nanii 2009-01-24 21:34:02