Najpierw była sobie wycieczka. Radosna wycieczka z Fiołkami i resztą. A tu się nagle okazuje, że jedzie jeszcze L.Ż. :) Główny organizator nie pojechał, ale nam nie przeszkodziła pogoda i pojechaliśmy. Było miło. Zwiedziliśmy różności i naprawdę owocnie spędziliśmy czas. I to co zapamiętałam bardzo mocno (oprócz wystrzałów z armaty i sienników dla żołnierzy) to gładkie łydki L. ;)
Na dziś byliśmy umówieni na hunową modlitwę. Obudziłam się rano z objawami nieprzyjemnej nerwicy. Nie chciała puścić przez cały dzień. W zasadzie to zaczęła się po wczorajszej wizycie w Miasteczku. Trochę uspokoiło mnie sprzątanie (?!), ale zdecydowałam się nie iść na spotkanie. G cierpliwie wyściskał, wyprzytulał, wygłaskał, nerwica zelżała i 5 min przed wyjściem zdecydowałam się iść. Wchodzę u Fiołków do kuchni, patrzę do pokoju, a tam Lesio! Zadziwiona byłam jak dzika łosica. No, przecież teraz nie ucieknę? Pogadaliśmy radośnie a podczas modlitwy huny wielkie mokre grochy popłynęły mi po policzkach. Brakowało mi tego. Kierowanych modlitw. Tego skupienia i tej trzeźwości umysłu. PS od razu wiedziała o co chodzi i wspomagała w gromadzeniu energii i wizualizacji. Wiedziałam co robię i co jest ważne. Chłonęłam każde słowo. Po raz pierwszy w życiu przy takiego rodzaju modlitwie/medytacji, uśmiech nie schodził mi z ust. Pojawił się i trwał.
Teraz poczekam. Niech się stanie. Jeśli wszystko dobrze pójdzie poszczęści się nie tylko mi:)
A w sobotę?
A w sobotę proszę państwa jedziemy na kolejną wycieczkę! :D
Radosną i miłą:)
I jedzie znowu L i może B. Na tej drugiej mniej mi zależy, ale co by nie gadać, ta babka potrafi pomóc człowiekowi się rozpędzić :)
Niech się dzieje:)
nanii 2009-09-03 22:40:35