Przyszłam z miłego spotkania i miałam jeszcze godzinę do przyjścia klientki. Usiadłam w fotelu i siedzę. Hm. Zaczęłam być śpiąca. Nie no, przecież nie mogę pozwolić sobie na spanie przed sesją! Jak nie zdążę się wyspać to będę zaspana, że hej!
No to mala w łapkę i mantrujemy. Przyda się przed sesją bycie trzeźwym i przytomnym. Ale często z tą przytomnością jest różnie, zwłaszcza, gdy się jej potrzebuje. Musiałam zatem zmierzyć się z małpim umysłem i milionem zdarzeń w umyśle niezmiernie będących w potrzebie aby je zauważyć. Konsekwentnie wracałam do świadomego liczenia koralików mali ;)
Okazało się, że zaczęłam walkę przegrywać i najzwyczajniej w świecie usypiać! Grr. Gdy Morfeusz za bardzo wchodził mi w drogę delikatnie rozganiałam senne mary wracałam do mali.
Okazało się, że za kolejnymi razami, moje majaki senne mają sens i są ważne! (hę?) Najpierw zobaczyłam błysk światła z lewej strony. Nie mam pojęcia czy zobaczyłam go w momencie zamykania oczu, czy były zamknięte, a ja i tak wszystko widziałam wokoło plus to światło, ale aż otworzyłam oczy (lub wróciłam świadomością do już otwartych) i spojrzałam tam raz jeszcze. Nie było nic. Wróciłam do mantry. Po tym pojawiały się inne obrazy, ale będące kawałkami układanki. Z każdą wizją senną widziałam jakiś problem, który mnie trapił przez ostatnie miesiące, z którego nie zdawałam sobie sprawy, że był problemem. Takie małe problemiki, a do tego widziałam rozwiązanie. Wiedziałam jak je "załatwić". Jak je przeprowadzić, aby przestały być problemami. To były jakieś drobiazgi, ale widocznie trapiące mój umysł i dzięki tym marom zostały, zobojętnione. Przestały być kwasem a stały się zasadą.
Budząc się po raz kolejny i mając za sobą kolejne rozwiązane zadanie, pomyślałam: "o, super, już wiem jak rozwiązać te sprawy!" i zadzwonił domofon - klientka nadeszła, a ja nie pamiętam co mi się śniło :D
nanii 2009-11-18 21:14:31