jestem w klasztorze buddyjskim w Chinach (?) Chyba. Tak przynajmniej zakwalifikowałam język i budynki, które widziałam. Równie dobrze mógł to być mandaryński ;)
Rozpoczynają się modły. Wyciągam swoją malę i mantruję. Inni dookoła również. Środkiem drogi idzie pochód dostojników mnisich. A na końcu, w momencie największego nasilenia się modlitwy, przeszła Bogini. A właściwie to "książę" (przyszło mi do głowy to określenie, ale chodziło o wcielenie kogoś wysoko urzeczywistnionego i "przebranego" za Nią). Bardzo mocno to odczułam. Gdy przechodziła obok mnie (biała maska i czarne sukno), poczułam ogromne ciepło i rozluźnienie. Totalnie nie pasowała do całej reszty barw wokół niej. Czerwień, pomarańcze, żółć.
Obróciła się do mnie. Coś powiedziała w języku, którego ni w ząb nie zrozumiałam, ale jakaś część mnie odebrała wszystko.
Po zakończeniu ludzie zaczęli się rozchodzić do swoich spraw. Założyłam "japonki" na bardzo wysokiej koturnie (jakieś 12cm) i poszłam. Czułam się zagubiona, bo absolutnie nie wiedziałam co robić, gdzie iść, gdzie jestem. Założyłam malę na rękę i poszłam w kąt oglądać niesamowite widoki. Przyszedł do mnie "książę" i coś zaczął mówić razem z jakiś jeszcze gościem. Prosiłam, aby mówili po angielsku, bo ich języka ni w ząb nie rozumiem. Coś opowiadali, ale mało mnie to interesowało. Nie wnosiło nic nowego. Nagle pojawił się Bon Jovi z jakąś laską - coś gadali, śmiali się - nie obchodziło mnie to.
Chciałam, aby znów nadszedł czas modlitwy. Kiedy będzie szósta? No, kurcze, kiedy?
I nagle usłyszałam dźwięk dzwonów, który przerodził się w budzik z G. komórki. Trwał trochę dłużej niż zazwyczaj i to było cudowne. Powoli wychodziłam ze snu, rozkoszując się dźwiękami i tym, że nareszcie nadszedł ten czas.
Fajne.
Nic nie wnoszące fajne.
Wyspana.
nanii 2009-12-09 11:26:21