Nawet nie wiem jak ją przerwać.
Wszystko zaczęło się od tego nieszczęsnego pogwałcenia mojej psychicznej strefy bezpieczeństwa. I się posypało. Ja się posypałam. Jestem stabilna jak domek z kart.
Najpierw ząb. Zapomniałam już jak może boleć ząb. A co mnie tam, nie chcę znieczulenia. Nie lubię. Boję się igły wbijanej w dziąsło. No to lecim na żywca. Myślałam, że się posikam. Babka stwierdziła, że w życiu by się nie zgodziła robić tego bez znieczulenia. A ja zrobiłam bez. Wargi mi się trzęsły z równą determinacją co nogi jeszcze godzinę po wierceniu. Szok dla ciała. Nie byłam na to przygotowana. Wyrok - kanałowe. Cokolwiek by to miało znaczyć - dowiem się w poniedziałek.
Dalej - zamknięcie drzwi. Przynajmniej próbowałam je zamknąć w tym samym momencie, gdy mój kciuk był między framugą a rzeczonymi drzwiami. I rozwiązałam zagadkę. Jest granica bólu, w obrębie której człowiek przeklina. Kiedy się ją przekroczy pozostaje już tylko się zsikać.
Wiem, że to wszystko sama sobie robię. Ząb, paluch. To wszystko ja. I nie umiem tego zatrzymać! A to nie koniec.
Kolejna dawka to zostawienie torby G gdzieś tam. Poczucie winy ogromne. Następne to pan sprzedający mi bilety do kina dał mi miejsca na "Avatara" a nie na Artura (Weekend z siostrzenicą). O matko, znowu nawaliłam. No, głupio mi było i źle. Wymieniliśmy bilety z powrotem na Artura. (Why, oh why?!) Film się skończył zanim się zaczął. Czuję się oszukana :P Film do bani. Obraża mnie jako istotę myślącą. Trzeba było iść na tego "Avatara". Znowu poczucie, że skaszaniłam.
Dalej? W sumie 5cio godzinny pobyt w galerii - to istny sadyzm, ale młoda chciała coś dla siebie znaleźć. Wróciliśmy do domu padnięci! Czułam się jak zombie.
Koniec? Hahahaha, chciałabym.
Powrót do Miasteczka z młodą był cholernie uciążliwy. Spóźniony pociąg blablabla. Powrót to mordęga. Gdybym jechała sama poddałabym się w połowie drogi i umarła na stacji z resztą smutnych ludzi czekających z nadzieją na pociąg. No, ale był G więc po 4 godzinach podróży i starania się dotrzeć do domu czym się tylko da - padliśmy przemęczeni.
Koniec? A guzik.
Spalone ciastka,
Zamówienie połamanej szczotki do włosów.
Jak sąsiadka przyszła pożyczyć jajko to myślałam, że się posikam ze zdenerwowania. Ale paranoja
Cóż czeka mnie jeszcze jutro?
Taka "pierdoła" jak poczucie się zagrożonym w najbardziej ważnej dla mnie strefie i już nigdzie nie czuję się bezpiecznie. Bombarduję wszystko. Zagrożenie z każdej strony. Yyy, znaczy, to głównie ja sobie zagrażam, ale to wcale nie zaprzecza temu co mówię;)
Zadzwoniła Sylwia. I już mam wrażenie, że pojadę tam po to tylko, aby się podłożyć i znów rozpaść. Znowu skrzywdzę siebie.
Pewnie pojadę, ale zastanawiam się jak wymigać się od masowania. Nie chcę jej skrzywdzić - ani siebie.
Czuję się kaleką nie mającym swego miejsca. Bo skoro we mnie nie czuję się bezpiecznie, to gdzie indziej mogę?
nanii 2010-01-11 21:56:37