...
- a kiedy?
- a jak przyjedziemy to w tygodniu wszystko załatwimy.
AAAAAAA.
Żoną być. Albo nie być. Mam pewne wyobrażenia na temat małżeństwa. I nie podobają mi się. Oczywiście, że mówiliśmy o tym, oczywiście, że chciałabym, oczywiście, że nie mam wątpliwości, oczywiście, że to tylko formalność, oczywiście, że w razie jakby co, to się rozejdziemy bez niepotrzebnych problemów..., ale jednak, gdy ma już do tego dojść to ściska mnie strach. Boję się. W mojej głowie są jakieś oczekiwania i programy na temat tego jak wygląda/powinno wyglądać małżeństwo. A nie chcę w takim małżeństwie być. Boję się, że gdy to już się stanie, to zetrą się w nas samych strachy i lęki, oczekiwania i klisze astralne i zaczniemy "walczyć" ze sobą nawzajem. Nie chcę tego. Oboje nie chcemy.
Jeszcze nie jesteśmy małżeństwem a już zdążyliśmy się dwa razy na ten temat pokłócić:/ Bez sensu.
A po co nam to małżeństwo? A bo będzie łatwiej się rozliczać z podatku :) I lepiej będzie podczas kupowania domu :) I będę ubezpieczona :) Ale ja wciąż odczuwam lęk.
Może dlatego, że boję się, że moje małżeństwo skończy się tak jak moich rodziców pierwsze małżeństwa, i mojej siostry pierwsze, może boję się tego, że G. będzie miał wobec mnie oczekiwania, które, wydaje mi się, powinien mieć mąż do żony, i ja będę walczyła też z tym, aby nie zachowywać się jak żona do męża (bo mi się będzie wydawało, że tak muszę się zachowywać), i będę z tym walczyła wewnątrz siebie, bo ja tak nie chcę się zachowywać, a będzie mi się wydawało, że powinnam.... aaaaaaa!!! Pomieszane. Chore.
No i naoglądałam się jakichś pierdół w telewizji (tak, byłam w Miasteczku i dossałam się do kanału z serialami komediowymi - K. wybacz sobie), i tam były rodziny, mąż i żona, którzy często kłócili się ogromnie. Sprzeczali a później godzili. Krzyczeli na siebie, oszukiwali, kombinowali (bo mąż nie może zjeść sobie hamburgera itp). Taki jest model małżeński? Tak to się odbywa? Boję się, że tak właśnie się stanie, że poddamy się tym absurdom, których wszędzie jest wiele. Nie chcę tych walk i pierdół. Boję się, że zabraknie nam świadomości, aby to przerobić.
I jak świadomie na to spojrzeć, to przecież nie muszę się tak zachowywać. Ale wzorzec to wzorzec. Dopóki nie wyjdzie na wierzch i się nie uaktywni, to mogę tylko teoretyzować. Obecnie mając świadomość tego co czuję na ten moment, poprzyglądam się i zobaczymy co się stanie. Ale nie chcę być żoną. Nie teraz.
Mamy rok (aż do momentu rozliczeń z podatków), aby się do tej myśli przyzwyczaić.
Chcemy to zrobić po cichu i tak, aby nikt nie wiedział (też się tego boję. Będzie wiele pretensji od wielu osób. Ale co tam. Do nich jestem jakoś przyzwyczajona ;)
johhh
nanii 2007-03-05 12:12:13
mama dzwoni:
- no i jak z tym ślubem? - radośnie zaświergotała przez telefon.
- no nie wiem, raczej przełożymy - lekkie znużenie i spacerująca wprost na mnie irytacja zaczynały przedostawać się przez granicę spokojnej pogawędki. Zapowiada się ciekawie. Czy oni nie mają swojego życia?
- no bo musisz jeszcze kostium kupić - przecież to takie oczywiste, że muszę kupić kostium, obrączki, dom, chleb na kolacje (bo śniadań nie jadam) i co jeszcze?
- ????....!!!!! KOSTIUM? Jaki kostium? Po co? - irytacja przyspieszyła kroku łącząc się po drodze z ogromnym zdziwieniem i nutką złości. - Chcesz to sobie kup - z dumą odpowiedziałam odkrywając szczyty mojej elokwencji.
- Nie, nie mi. Tobie. No bo przecież w dżinsach nie pójdziesz - powiedziała mama z rozbrajającą szczerością i przekonaniem o prawdziwości swoich słów dodając nutę oburzenia.
- yyyyy - moja odpowiedź wskazywała idealnie wysoki poziom IQ. Pustka. Nic w głowie. Wejść w grę czy pozostać na zewnątrz? Czytaj: tłumaczyć, że mam się w co ubrać eleganckiego, czy sie rozdzierać dlaczego to ona ma o tym decydować i to moja sprawa w co się chcę ubrać, i że może dżinsy nie są takim złym pomysłem, a może....
- Ale dla nas jest to tylko formalność! Dla nas nie jest to coś nie wiadomo co. A dla was to jakieś wielkie wydarzenie, ale to nasze życie i NASZ ślub. Zarówno moja jak i G. strona rodzinna ma na to jakieś spojrzenie i wizję jak to *powinno* wyglądać. A nam to nie odpowiada. Dla was jest to...
- No ale przecież ja nie mam żadnej wizji - wtrąciła mama w środku zdania :/
- ...ale masz wizję, że powinien być jakiś kostium - może klauna? Tak mi przeszło przez głowę - I G. mama też jakoś to tam widzi, i że rodzina, i obrączki, i spotkanie, i zapoznanie - tak, nasi rodzice się jeszcze nie znają werbalnie ;) - A nas to nie rajcuje! Najlepiej byśmy chcieli, aby wziąć po cichu, nikomu nic nie mówić, a za jakiś czas zaprosić was wszystkich do naszego domu i powiedzieć, że jesteśmy małżeństwem już od 3 lat - no. Dobrze jej powiedziałam, nie?
- Ojjjjj - przerażenie przemknęło drutami telefonicznymi - Ojciec by ci tego nigdy nie wybaczył - zacisnęła zęby. Na pewno zacisnęła.
- A co mnie to obchodzi? - irytacja i nutki złości radośnie tańczyły przed moimi oczami - To jego nerwy i jego wątroba! Dlaczego mam spełniać jego zachcianki? To moje życie i moje wybory! - kiepski ten ostatni tekst, ale po prostu poczułam ciążącą karmicznie ciężkość na koronie. Presję i odcięcie od Ziemi. Wsparcie tylko od PS. A tam? Odruchy telenowelowe. Ostatni głęboki wdech i:
- I właśnie dlatego nie chcemy z G. tego robić. Bo zaczyna to być dla nas męczące. Dla nas to tylko formalność, abym miała ubezpieczenie, aby był mniejszy podatek, aby nie było problemów podczas kupowania ziemi lub domu gotowego. Już zdążyliśmy się dwa razy pokłócić o to. A to nam nie odpowiada, dlatego, na teraz, zrezygnowaliśmy z tego. - no. Lepiej mi. Odzyskałam czucie.
- No dobra.
I dalej rozmowa potoczyła się już luźno i o pierdołach.
Czy jestem jakaś nienormalna? Dla mnie to jest jak zakładanie wspólnego konta w banku. Idziesz, podpisujesz papiery i już. Ślub? To samo. Idziesz, podpisujesz papiery i już. A jak słyszę gadanie na temat tego jakie znaczenie ma za mąż pójście, to normalnie mnie skręca i stwierdzam, że ja w takim razie wole być bez tego zaszczytu.
Chociaż te korzyści płynące z tej "formalności"... podatki, ubezpieczenie itp...
Najbardziej ciążą mi oczekiwania społeczne tego jak to powinno wyglądać. A ja nie chcę, aby coś się zmieniło. Niektórzy mówią, że małżeństwo to śmierć dla miłości. Tak, jak się uruchomią wzajemne wizje na temat małżeństwa, tudzież jeżeli rodziny młodego małżeństwa mają swoją wizję i starają się ją zrealizować na swoich pociechach. Boszszszsz....
Paweł sobie poradził. Na początku było psioczenie na niego i Ulę. Bo po trzech miesiącach znajomości się pobrali. Czy jakoś tak. I też bez wesela i zbędnych ludzi. A i tak zwaliło się kilkoro niezapowiedzianych gości. I teraz są fajni i kochani. Z drugiej strony, większość pozostałych oczekiwań tego jak to powinni żyć spełniają (po prostu im to nie przeszkadza. Dzieci, wielopokoleniowe święta, pracujący mąż), a te, które nie pasują to się delikatnie udaje, że się ich nie widzi i się nic nie wie (no bo przecież to niemożliwe, aby nie chrzcić dziecka i pozwalać mu wybrać jak dorośnie). A my z G.? Dzieci mieć nie chcemy. Święta może i chcielibyśmy spędzać razem, ale tak jakoś nie chcemy zostawiać naszych rodziców samych. Poza tym lubimy spędzać czas pierwszego dnia świąt z naszymi rodzicami. No i tak bardzo ciężko mówić do teściów per mamo/tato. Te wszystkie "teraz się już wszystko zmieni" dobijają nas i wprowadzają zamęt. Nie pobieramy się z "miłości". Jesteśmy razem ze sobą z miłości. A pobieramy się dla interesów. I kropka.
nanii 2007-03-06 22:39:42
Wczasy na temat lekkości i łatwości wyrażania siebie.
Nie ma co się rozpisywać na temat olśnieniowych spraw.
Może tylko tyle, że sprzedałam swoje prace, a gobelin z Japonką wrócił ze mną, ale mam chętnego na kupno. Możliwe, że coś się zadzieje. Poniżej 1500zł nie sprzedam. Trzy miesiące codziennego dłubania przebiło moją niską samoocenę i zaniżanie wartości swojej pracy.
Mam również problem z przyjmowaniem pieniędzy. Wolę wymianę usług. Wiem, że za zarobione pieniądze mogę również nabyć usługę, ale dla mojej PS to nie to samo. Dziwne to trochę.
Ale to co obecnie na wierzchu to agresja i paniczne lęki. Moje i ludzi wokół mnie.
Na ten czas to tyle.
nanii 2007-03-18 18:35:12
Ja wiem.
Wiem
Wiem
Wiem
Sen
Śpię przy boku G. Budzę się. Przede mną okno. Widzę wyraźnie każdy szczegół. Przychodzi do mnie myśl, że przecież mam zamknięte oczy. Ściskam mocniej powieki. Oczy mam zamknięte. Więc dlaczego widzę? Uf. Nareszcie przestałam się bać i widzę. Kieruję uwagę do wnętrza i ponownie usypiam.
Wahanie OMem u Michała. Wiem na czyim łóżku się położył. Patryk. Tylko on nie pasuje do reszty mężczyzn z pokoju. Tylko on dba o to co wokół niego. Tylko jego łóżko się wyróżnia...
- Skąd wiesz? - pyta Michał.
...
- ...3 2 1 0 już. A kiedy odliczę od 3 do 0 przypomnisz sobie jak tak ci obiecują i obiecują a tu mijają trzy lata i nadal nic się nie zmienia...
- No właśnie 3 lata. Skąd wiesz, że minęły trzy lata??? - strach. Oni wiedzą, że ja wiem. Ja K. jestem bezpieczna kiedy inni wiedzą, że ja wiem. Zaraz zaraz,... co ja miałam odliczać? Aha. To nie ja leżę jako klient. Skup się do cholery!
Pierwsze noce to koszmary. Jestem przekonana, że śpię na żyle. Uciekam do G. Tam śpię lepiej. Chociaż już pierwszej nocy moja Muszelka dostaje kopniaka. I dowiaduję się dlaczego buduję oponkę bezpieczeństwa wokół mojego ciała. Nie jest to strach przed brakiem kasy, przed przyszłością, przed brakiem jedzenia... Poczucie bezpieczeństwa. Brak. Strach przed...?
Wiem.
Ja wiem.
agresja.
Kolejne noce. Śpimy u Marioli blisko osiołka. Jest miło. Chce mi się kochać. Nie ma gdzie, nie ma jak. G. wychodzi z sauny pół nagi. Zdejmuje ręcznik. Dech mi zapiera. Nie ma gdzie...
Zostają tylko sny.
Kolejne noce to powtarzające się sekwencję snów z "moim" synem w roli głównej (obecny syn Doroty). Mariola podpowiada, że może mnie wzywa. I znowu on, i znowu, i znowu. Cztery noce to on.
Coś gryzie mnie w nerkę. Budzę się z bólem w boku. Basia podpowiada, że to zranienia. Później oczyści wątrobę, żołądek, jelita, gardło, zęby, uszy, zatoki, trzecie oko. Smacznie śpię z wizją.
Latam. A ludzie na dole z kolorowymi ubraniami mówią, że jestem dobrym zwiastunem.
Mniej jem.
Powrót do domu.
Strachy i lęki. Bagaż wrażeń, olśnień, rozjaśnień. Wywala.
W nocy walczę z demonami drewnianym mieczem. Poderżnięte gardła, otwarte rany brzucha. Wygrywam.
Nad ranem mój ukochany (nie G.) daje mi warunek i konkretne wskazówki jak udowodnić moją miłość do niego. I tylko wtedy będę mogła go zobaczyć. Bilon, książka, stacja kolejowa..., zadumanie. Budzę się. Nie zdążyłam
Dwa największe inhibitory rozwoju?
Poczucie winy i strach, po którym następuje agresja.
Już tak niewiele zostało.
Cały dzień to modlitwa uwalniająca.
nanii 2007-03-19 21:50:55
miał być cytat z książki, ale będzie sen. Był przed wczasami jeszcze.
Sen jak sen. Jakiś chłopiec, którym się opiekuję, wywala mu niska samoocena, że nikt nie chce go wziąć do drużyny, aby grać w piłkę. Mówię mu, że przecież trener właśnie jego chce i chce go na pierwszego napastnika. On się dziwi, bo nie dosłyszał. Ale ok. Idzie, cieszy się. Strzelił bramkę. Wszyscy się cieszą. Ja też mu gratuluję. Trener chce ze mną porozmawiać. Chce mnie gdzieś zaciągnąć. Orientuję się o co chodzi, (hehe, napaleniec;) ) i kapuję, że to sen. Mimo tego, że nie chcę iść z nim i zawracam to i tak znajduję się w konsekwencji przy nim. Mówi, że chce mi coś pokazać. Powietrze zaczyna wibrować. Tracę czucie w nogach. Upadam. Odczołguję się. Mówię, że nie chcę. On zaciąga mnie z powrotem. Wiem, że to sen. I mówi: "Patrz!" Znowu zaczyna wszystko wibrować. Słyszę dźwięk i znów tracę czucie od pasa w dół. Upadam. Jest mi słabo. Mówię, że mam dość.
- Nie chcę tego już. Idę stąd. - odchodzę. Widzę jak tłum ludzi idzie w moją stronę. Oni wiedzą, że ja wiem. Odczuwam strach i chcę uciec. Ale wciąż wiem, że to sen. Wiem co robić. Wchodzę na drabinki i zaczynam do nich mówić. Do ludzi. Nie drabinek;)
- Po kolei. Powiedzcie o co wam chodzi i czego chcecie. Dostaniecie wszystko o co poprosicie. Tylko musicie wiedzieć czego chcecie. - To sen, to sen, to sen...to. sen? To wciąż jest sen? Co ja gadam? Kto gada? - Więc kto pierwszy? Ustawcie się. Na zmianę starsze osoby i dzieci. - mam wrażenie, że moje usta mnie nie słuchają. Nie wiem co będą mówiły. Pierwszy jest młody mężczyzna.
- Czego pragniesz? - pewność zdecydowanie. Patrzę wewnątrz, ale jakby z boku mnie.
- Chcę samochód. - wygląda na zdecydowanego. Będzie łatwo.
- Dobrze, jaki?
- No samochód. - powiedziałam zdecydowany?
- Dobrze, ale jaki? Jaki kolor, jaka marka?
- Yyyyyyyy - hmmm. To trochę potrwa:/ - No bo,..., ja bym chciał niebieski.
- Dobrze, ale jak ma wyglądać - czuję spokój, wyrozumiałość i cierpliwość.
- No ja chcę samochód!!! - niecierpliwiec :P
- Dobrze więc, dostaniesz niebieski samochód. Niech się stanie. - czuję ciepło. Dziwny jest ten umysł. - Niech się stanie niebieski samochód. Słyszysz? Już jedzie. Usłysz go. - logiczne i oczywiste. phi. - Słyszysz?
- Słyszę - radocha na jego twarzy. A ja? Ja nie czułam ani radości ani smutku. Akceptację. Dziwne to odczucie. Podjechał niebieski samochód.
- Jest twój.
- Łeeeeeeee, taaakiiiiiiii - grymas zniechęcenia i dezaprobaty.
- Chciałeś niebieski, nie powiedziałeś jaki ma być. Następnym razem sprecyzuj dokładnie, bo jeśli nie, to dostaniesz wypadkową panujących energii wewnątrz ciebie. Nie koniecznie to czego chcesz. Daję to co mówisz, że chcesz. Nie wiesz czego chcesz, nie wiem co stworzyć. Następny!
I tak przerobiłam całą gromadę. Leczenie chorej nogi, lalkę, i takie tam. Dzieci są najlepsze. Wiedzą czego chcą.
Mija jakiś czas. Może rok. Znowu to samo miejsce. Ci sami ludzie. Ten sam cel. Wymagania i żądania. Ten sam facet.
- Czego chcesz?
- Samochód.
- Jaki?
- Niebieski. - wiedziałam, że po raz kolejny będzie to samo. Pomyślałam, że źle robię. To nie tak. Przyszła mi do głowy myśl. Nie poczułam irytacji, ale smutek. Przeszedł, gdy znalazłam rozwiązanie. Zaczęłam pogawędkę.
- Słuchajcie. Chcę wam coś pokazać. Ty, powiedz wszystkim czego chciałeś.
- Samochód.
- Dobrze, a powiedz, który raz ty już go chcesz? - przeszła mi myśl, że to już trzeci raz. W głowie materializowała się wizja tego co chcę przekazać. Wiedziałam jakich słów użyć, aby zrozumieli co chcę powiedzieć. Wiedziałam co odpowiedzą i jak zareagować, aby osiągnąć cel. Jakiś koleś ciemnoskóry odezwał się z tłumu:
- Ja już wiem, co chcesz nam powiedzieć! Chcesz się wymigać od robienia cudów! Nie chcesz nam już dawać rzeczy, które chcemy!!! Które nam się należą!!! - fala agresji z ich strony zatrzęsła moim ciałem. Tego nie przewidziałam. Nie wiedziałam. Nie chciałam. Miało pójść konstruktywnie. Jak to się stało? Napłynęła skądś fala akceptacji i zrozumienia. Najlepsze wyjście. Jesteś bezpieczna. Oni nauczą się sami. Tłum zaczął napierać chcąc mnie zlinczować. Mój opiekun złapał mnie i uniósł w górę. Odlecieliśmy do domu.
Koniec.
nanii 2007-03-22 21:14:54
snowo.
Dzisiejszy sen.
Kolejny cykl (hy?)
Widzę swoje wcielenia i tych samych ludzi, którzy pojawiają się w moim życiu. Dzieją się zdarzenia i wiem doskonale co stanie się za chwilę. Widzę to co ma być bardzo wyraźnie. Pozwalam, aby to się zadziało. Tym razem odgrywam te sceny inaczej. Z większym spokojem i zrozumieniem. One się dzieją bo inni jeszcze tego potrzebują. Inne ciała, inne miejsca, ale wciąż te same istoty. Kolejna migawka i kolejna spirala zdarzeń. Idę z Patunią. We śnie wygląda inaczej. Rozdzielamy się i ona wchodzi do klatki schodowej. Wiem co się stanie. Widzę z jaką karmą przyszła. Biegnę za nią. Próbuję ją stamtąd wyciągnąć. Ona się broni. Nie chce. Tłumaczę jej, że wiem co się zaraz stanie i nie pozwolę na to. Może podjąć inną decyzję, nie musi przez to przechodzić znowu. W końcu przestaje ze mną walczyć i pozwala się wyciągnąć z tego miejsca. Biorę ją za rękę i idziemy dalej razem. Przechodzi mi przez głowę myśl, że doszłam do momentu zdarzeń, obok którego nie potrafię przejść ze spokojem. To moja lekcja. I moja karma, którą stworzyłam z Patunią. Znowu. A ona swojej lekcji wciąż nie przerobiła. Przecież nie mogę jej pilnować 24h/dobę, nie?
Sen się skończył.
Rano przypomniałam sobie, że jak byłam mała to miałam to samo "wrażenie". Wiedziałam, że to co się teraz dzieje to jest coś, przez co muszę przejść, aby niektóre rzeczy mogły się wypalić. Niekiedy działy się zdarzenia, w których mogło stać się inaczej. Ale nie robiłam nic. Tak jakbym nie mogła. Widziałam jak i chciałam, ale moje ciało mnie nie słuchało. Tak jakby działało to na innych zasadach. Zastanawiałam się dlaczego nie potrafię zapanować nad tym co się dzieje, dlaczego reaguję "jak dziecko" (trudno inaczej w wieku 3 - 10 lat), skoro chciałam zrobić/powiedzieć coś zupełnie innego. Wytłumaczyłam sobie wtedy, że to dlatego, że jestem mała i mój mózg jeszcze nie potrafi mnie pomieścić. hehe ;)
Będąc starszą nauczyłam się panować nad sobą i nad zdarzeniami, zwłaszcza, gdy wiedziałam, co ma się zadziać.
Po tych wspomnieniach zrobiło mi się smutno, że teraz tego nie mam. Opowiedziałam o moich smutkach G. A on zaczął się uśmiechać i podawać przykłady mówiące o tym, że nadal to mam, nadal to robię i nadal tak działam:) Tylko teraz znaaaaacznie szybciej zmieniam i nie eksperymentuje z: "a co jeśli jednak nie zrobię nic w tej kwestii? Ciekawe czy samo się zmieni?" Takie dokopywanie sobie zostawiam w przeszłości ;) Teraz działam jeśli chcę coś zmienić. Nie zawsze z powodzeniem. Ale nie mam poczucia, że nie zrobiłam wszystkiego co mogłam. Działam maksymalnie. Jeśli pomimo moich prób nie mogę czegoś zmienić i widzę jak konsekwentnie dana rzecz i tak dąży do zaistnienia..., no cóż. Ja nauczę się jak najwięcej będę mogła. Nauka reszty należy do innych. No i obecnie wydaje mi się to całkowicie naturalne i normalne i sądzę, że wszyscy to mają i tak robią. No i nie ma już tych "oh i ah" jak kiedyś dlatego bardziej mi to gdzieś ucieka ;)
Ale, aby nie wszystko było takie kolorowe i "shiny" ;) to trzeba powiedzieć, że te "błyski widzenia" nie są 24h/dobę. Tylko tak, no, czasem :) Częściej jest otumanienie, nawalenie, nie-wiedzenie i pchania się w bagienko ;) Tudzież po prostu "nic-nie-dzianie-się". Takie wybory i takie intencje ;>
A ostatnio dostałam prezent od O. (dzięęęekuuujęęęę), taki magnes na lodówkę z napisem: "Jak już zacznę, to nikt i nic mnie nie powstrzyma" Bardzo do mnie przemawia. Mówisz i masz. Chcesz to działasz. I teraz właśnie to czuję.
nanii 2007-03-22 21:55:42
czasem idzie zbyt łatwo, prawda?
Ale system wczesnego ostrzegania przed łatwością włącza się bardzo szybko i wręcz niepostrzeżenie.
Można na nim polegać
:/
nanii 2007-03-26 22:02:10