byłam na koncercie mis i gongów tybetańskich. hm... W pwenym momencie podczas koncertu zaczęłam czuć się rozdrażniona. Później przeszło. Tak naprawdę w stan medytacji nie weszłam. Był to z pewnością stan głębokiego relaksu, ale nie medytacja. Tak myślę. Dopiero po jakimś czasie poczułam jak wibruje mi podstawa, później druga i trzecia czakra. Myślałam, że później będzie serce, ale nie było. Za to zaczęło wibrować gardło i trzecie oko. Przy dźwięku fletu mogło dojść serce i korona. Flet był miły. Słyszałam w pewnym momencie jakby ktoś śpiewał OM. Część ludzi słyszała, część nie. Możliwe, że ktoś śpiewał. Albo i nie;) Słyszałam nawet Dżwięk konhy. Ale nie mam pewności czy była tam ;) Stan po? Sama nie wiem. Dżwięk mis byl miły, ale gongi czasem jakby coś rozbijały, a misy harmonizowały. Możliwe, że tak miało być.
Po wszystkim nie udało nam się znaleźć wolnej restauracji ;)
Ogólnie...-nie wybieram się na powtórkę.
Aha. Zapomniałam dodać informację o śpiewającym księdzu, który występował na początku. Ło matko:/ To było przegięcie. Myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. Jeśli on sobie codziennie śpiewa takie afirmacje, to ciekawe jak wygląda jego życie :/ Więc zrobiłam dwa tulipany z papieru :) A tak, aby się czymś zająć. Rano wkręciła mi się piosenka o Jezusie..., eh joh
nanii 2007-04-02 10:41:34
Chodzę nie często :) a najczęściej tylko, gdy się martwię już za długo :)
Byłam u doktora od serca. Badał, badał i badał. Później założył na 24h. aparaturę z kablami i tajemniczym pudełkiem z paskiem, zbierającym dane. Radosna i uśmiechnięta znacząco pokazałam się G. Niestety, ale stwierdził, że cyberseks go nie kręci ;)
Po analizie danych wnioski takie a nie inne :)
Diagnoza - nerwica (nic odkrywczego, ale przynajmniej ludziki nie marudzą, aby jednak ktoś z "dr med." mi to potwierdził. Już wiadomo. Po moim stwierdzeniu, że jednak bym nie chciała tabletek to pan dr pomyślał i przepisał potas oraz magnez + tabletki "na w razie jakby co". Działające szybko i nie uzależniające.
Plusy dla pana dr bo:
Kiedy zaczął opisywać dlaczego dzieje się mi tak a nie inaczej i ja zapytałam, co to znaczy dla mnie, to narysował mi wszystko i pomimo zmęczenia całodniową pracą, opisał wszystko dokładnie. I nawet opisał działanie leków widząc moją niechęć do ich używania:) To było naprawdę miłe i profesjonalne podejście. Ale to nie wszystko;)
Pan doktor nie omieszkał napomknąć coś na temat moich piersi. Niby lekko i ogródkami, ale w jednoznacznie ukierunkowany sposób;) Było mi bardzo miło. Z jednej strony zaskoczyłam się moją reakcją, która nie była negatywna (nie bałam się go i nie odebrałam tego jako próby podrywu czy "ło matko". To była, tak jakby..., miła informacja), a z drugiej, było to coś naprawdę miłego i życzliwego. I co ciekawe, pielęgniarka, która zakładała mi urządzenie z kablami, powiedziała to samo o nich! Ło matko z córką! Więc radosna i uśmiechnięta pobiegłam do domku:D
Ciekawe, czy jakbym pokazała większej ilości ludzi (bo wtedy próba statystyczna większa), to też by tak reagowali? ;)
Dlaczego tak się stało? Nie musieli tego mówić. Widzą w ciągu roku tyle piersi, że to tylko jedna para fal więcej w morzu. Łatwo ją nie zauważyć. A oni jednak zauważyli i zakomunikowali o tym:)
Podejrzewam, że to świat odpowiedział mi na moje zmartwienia i wątpliwości. I odpowiedział zgodnie z prawdą. Bo tylko taka mnie interesowała:) Wg jakich kryteriów? Według boskich ;) hłehłehłe
nanii 2007-04-09 16:56:45
"Ostara celebruje ofiarę boga, ale też płodność.
Nazwa "Ostara", podobnie jak angielska "Easter", pochodzi od imienia saksońskiej bogini Eostre. Jej świętymi zwierzętami były zające, jak wiadomo, płodne zwierzęta, podobnie jak króliki. Jaja zaś są symbolem nowego życia. Wielkanoc przypada na niedziele po pierwszej pełni księżyca po wiosennym zrównaniu dnia z nocą, a więc na moment, kiedy Bogini jest w aspekcie Matki. (...)Tajemnicą Ostary jest zmartwychwstanie, ofiara i odrodzenie boga symbolizującego życie odradzające się wiosną. Z jednej strony mamy do czynienia ze śmiercią bóstwa: w marcu ginęli kochankowie bogiń, Adonis, Tammuz, Ozyrys, a także Jezus, którego śmierć przypadła w Paschę. Z drugiej strony, wszyscy oni zmartwychwstają trzeciego dnia. Giną, aby nowe życie mogło się narodzić(...)".
Uwielbiam to święto. Sama do końca nie wiem dlaczego. Poświęcenie pokarmu zawsze przypadało mi. Nawet w okresie wielkiego buntu, to było moje zadanie. Pokarm ma dla mnie bardzo symboliczne i ważne znaczenie. Samo przygotowanie posiłku i jego spożycie jest formą rytuału i okazania szacunku dla Matki Ziemi, która mnie karmi, dla mnie, bo dostarczam ważne składniki dla mojego ciała, które mi służy i dla ludzi, których zapraszam do siebie na obiadki.
Zatem: szacuneczek dla wszystkich :)
nanii 2007-04-09 17:21:06
- No, ale dlaczego jest tak, że inni mnie olewają? Dlaczego nie odpisują? Dlaczego?
- A co wysyłasz w świat? Często mówisz, że mógłbyś żyć bez ludzi, nie są ci potrzebni, po co itd. No to świat ci tym odpowiada. Nie istniejesz dla ludzi, bo nie chcesz się z nimi widzieć.
- No, ale przecież wysyłam też w świat, że jeśli ktoś będzie potrzebował pomocy to ją ode mnie otrzyma. Ja naprawdę mogę pomóc, bo chcę, więc dlaczego oni nie chcą mi pomóc?
- A komu mają pomóc? Tobie? Nie istniejesz! ;)
- Nie zgadzam się z tym. No bo przecież (bla bla bla)...
- Tłumaczysz intelektualnie. Nie rób tego teraz. Tylko ci szkodzi. Twoja PS dostała program. "Tłumacząc" go nic nie zmienisz. Dla PS program jest jasny. Ludzie nie są ci do niczego potrzebni. Tłumaczenie "Ale..." to kiepski pomysł. Wszystko to co poza "Ale", tak jakby, nie istnieje dla PS.
- Ale...
- Nie ma ale.
- Nie mogę tego zmienić? Muszę tak już żyć?
- A! To zupełnie inna kwestia. Program możesz zmienić. Powiedz jasno świadomie i rzeczowo (i tak jakby "z głębi"): nie chcę tego programu. Zmieniam go na:..., a później PS podeśle ci ponownie sytuację, aby się upewnić, czy aby na pewno chcesz zmian. I to będzie twój "test". Jeśli w powtarzającej się sytuacji świadomie podążysz za tym co już znasz (stary program), to nic się nie zmieni, a jeśli świadomie zrobisz wg nowych wytycznych - zmiana będzie zalegalizowana ;)
- Ale nie zawsze da się świadomie w niektórych sytuacjach. Jest stresująco, źle, dużo emocji..., gdzie tu miejsce dla świadomości?
- Jeśli świadomie i z chęcią powiedziałeś PS, że chcesz zmiany i jej powiedziałeś na czym ma ona polegać, oraz raz na jakiś czas poświęciłeś chwilę w ciągu dnia, aby potwierdzić zmianę i najlepiej nie "intelektualnie" a rzeczowo, konkretnie (Czasem warto pogadać z PS jak z ukochanym. Każdy ma swój własny kod rozmów z PS. Dla niektórych to obraz, muzyka, taniec, listy, zdjęcia, rozmowa), to przy emocjonalnej sytuacji na pewno będziesz miał chwilkę, moment pełnej świadomości do wykorzystania. Ale nie ma się co martwić jeśli przegapisz tę chwilę.
- ?
- Jeśli teraz się nie powiedzie, uda się następnym razem. PS jest nieustępliwa. Będzie tak długo pytać cię co zrobić, aż dasz jej jasną i rzeczową odpowiedź w czynie (!).Czyli sytuacje wciąż będą się powtarzały. Oczywiście jeśli wciąż odpowiedzi nie dostanie, będzie narastało coraz więcej pytań w PS. Chaos i pomieszanie. Program na programie. Nawet PC potrafi się zapchać od nadmiaru programów (często śmieci użytych tylko raz;)). A to już tylko rzut beretem do nerwicy. Bo PS nie wie, który program realizować.
zainspirowane rozmową z kimś :P
nanii 2007-04-16 22:08:50
- No widzisz, nie dziwota, że ta nerwica wyszła na wierzch. Ciągle dookoła każdy mówi mi, abym znalazła pracę. Mama - już przystopowała - babcia, druga babcia, ciocia (blech), lekarz, każdy mądrzejszy od drugiego, nie rozumiejąc nawet dlaczego nie podejmuję pracy, nie pomyślą, że gdzieś jest problem. Że mam z czymś naprawdę duży problem. Znajdź pracę. I już. A mnie aż telepie, wkurzam się, bo oni nic nie rozumieją!
- No bo mają rację! Musisz znaleźć pracę, bo bez pracy...
- ..., no widzisz? Właśnie o tym mówię!
- ...yyym...no,..., no ale praca jest ważna...i... yymm....
- Nie rozmawiajmy już o tym.
- nobo oni kupują mieszkanie..., już w lipcu..., a ja?
czego chcesz?
- no bo ona tak świetnie potrafi rozmawiać ze wszystkimi, łatwo zjednuje sobie ludzi, jest przebojowa, potrafi załatwić wszystko i wszędzie..., a ja?
czego chcesz?
- no bo on ma pracę. Bardzo ją lubi. Fajnie się czuje z tymi ludźmi, lubi rano wstawać..., a ja?
czego chcesz?
- no bo oni kochają się co drugi dzień. A nawet chcieliby codziennie, tylko że nie mogą przychodzić codziennie niewyspani do pracy..., a ja?
czego chcesz?
- no bo ona wychodzi z tym co ma do zaoferowania. Nie zawsze jest to jakieś super, wiem, że mogłabym to udoskonalić, może nawet zrobić lepiej, ale ja to chowam, a ona z tym wychodzi do ludzi. Wie, że nie jest jeszcze doskonała, ale jest gotowa wprowadzać zmiany. Inni jej gratulują talentu..., a mi?
czego chcesz?
- no bo oni się odnajdują w tym co robią, odkryli swój talent, radują się i korzystają z tego co umieją robić najlepiej..., a ja?
czego chcesz?
- no bo ona jeździ samochodem, z miasta do miasta, od razu wsiadła w samochód, zaraz po zdaniu prawka. Jeździ i umie..., a ja?
czego chcesz?
- no bo ona zarabia 3000 na rękę..., a ja?
czego chcesz?
- no bo on nie żyje i ma już z głowy..., a ja?
czego chcesz?
- no bo on doskonale wie co chce zrobić. Ma cel i konsekwentnie go osiąga... a ja?
czego tak naprawdę chcesz?
Kurna, obudź się i wreszcie powiedz czego chcesz! O co ci chodzi?! Nie rozumiem! Nie zamierzam wchodzić w twoje emocje. Powiedz mi co chcesz a dam ci to! Ale - WIEDZ!
nanii 2007-04-16 22:33:54
"Aby zrozumieć, dlaczego uchybienia wobec prawości są szkodliwe dla samooceny, należy rozważyć, na czym polegają. Jeżeli postępuję przeciwnie do zasad wyznawanych przez kogoś innego, nie swoich, mogę się mylić lub mieć rację, ale nie mogę być obwiniany o zdradę swoich przekonań. Jeżeli jednak działam przeciwnie do tego, co sam uznaję za właściwe, jeżeli moje zachowania są sprzeczne z deklarowanymi przeze mnie wartościami, wówczas działam przeciwko swoim sądom, zdradzam własne myśli. Hipokryzja ze swej natury jest niszcząca. Umysł odrzuca sam siebie. Uchybienie prawości podkopuje mnie i burzy harmonię poczucia siebie. Niszczy bardziej niż jakakolwiek krytyka czy odrzucenie z zewnątrz.
Jeżeli prawię kazania o uczciwości swoim dzieciom, a okłamuje znajomych i sąsiadów; jeżeli jestem oburzony, gdy ludzie nie wywiązują się ze swoich zobowiązań wobec mnie, ale sam zaniedbuję zobowiązania wobec innych; jeżeli deklaruję dbałość o wysokie standardy , a z obojętnością sprzedaję klientom buble;(...)jeżeli udaję, że obchodzą mnie rady moich pracowników, chociaż już podjąłem decyzję (...)- mogę nie przyznawać się do swojej hipokryzji, mogę wymyślić dowolną liczbę racjonalnych usprawiedliwień, ale faktem zostanie, że zadaję ranę szacunkowi do samego siebie, której nie ukoi żadna racjonalizacja.
Wielkim oszustwem wobec siebie jest mówienie: "Tylko ja o tym wiem". Tylko ja wiem, że kłamię.Tylko ja wiem, że postępuję nieetycznie względem tych, którzy mi ufają. Tylko ja wiem, że nie zamierzam dotrzymać obietnic. W konsekwencji moje sądy stają się nieistotne, liczą się tylko sądy innych. Moje ego - ja w centrum świadomości - jest sędzią, od którego nie ma ucieczki. Ludzi, którzy poznali upokarzającą prawdę o mnie, mogę unikać. Siebie - nie."
"6 filarów poczucia własnej wartości"
nanii 2007-04-17 09:19:40
człowiek potrzebuje czterech przytuleń dziennie, żeby przeżyć, ośmiu, żeby czuć się dobrze, i dwunastu, żeby się rozwijać
Virginia Satir - psychoterapeutka
nanii 2007-04-18 23:01:05
Ale się spitoliło. Jedynym pocieszeniem jest to, że w takim stanie umysłu zdolność kreacji zmalała do minimum. Są tego plusy - nie spadła mi na głowę jeszcze żadna ciężka skrzynia z narzędziami (a może powinna?).
Minusem jest zawężona świadomość, zawężone czakry, za ciasne spodnie...- wszystko za-coś .
Nie mogę zwalić winy na Boga za brak realizacji tego co chcę, bo to nie jego wina. To zależy ode mnie. Nie wyciągam ręki po nic.
Nie mogę zwalić na system, że nie znajduję pracy - bo nie robie nic (Tak, nic!) w tej kwestii. Małe pierdnięcia wykazujące, że jednak coś robię, to tylko tak, aby nie czuć winy..., za bardzo.
Nie mogę zwalić winy na nikogo za mój obecny stan - bo sama się do niego doprowadziłam.
I to, że naprawdę nie mogę zwalić winy na nikogo za wszystko co się dziej obecnie w moim życiu - dobija mnie najbardziej. Odpowiedzialność za siebie, swoje decyzje, myśli i działania ma swoje konsekwencje.
Mając świadomość, że mogę wszystko to co postanowię (oraz wszelkie dowody na to, że tak naprawdę jest, czyli nie jest to czcze gadanie magusa wielgusa potrafiącego dużo gadać a nic nie robić), nie robię nic, aby to się zadziało. Nie boję się, że coś nie wypali, ale tego, że się uda. Zaczynam się obawiać tego, że wychodzi mi coś takiego co się nazywa życiem i może warto by było to tez spitolić?
Nie rozumiem. Boję się osiągania wszelkich sukcesów w każdej dziedzinie. Przestałam widzieć, przestałam uzdrawiać, przestałam Wiedzieć, przestałam się modlić, przestałam spotykać się z ludźmi (zaczęłam uciekać przed nimi), przestałam wyszywać, przestałam dbać o moje otoczenie, przestałam dbać o kontakty z kimkolwiek, z chęcią przestałabym z nimi rozmawiać (narazie jestem na etapie słuchania. Tego jeszcze nie przestałam. Ale rozmowa/dialog jest dla mnie już abstrakcją tudzież dużym wysiłkiem). Zdaję sobie sprawę jak mogą wyglądać spotkania ze mną. Siada wszystko. Emanuję zniechęceniem i niczym. Dyskutowanie na temat tego jaki mam kolor aury zostawiam w domysłach. Jeszcze nie przestałam jeść, ale to tylko dlatego, że obecnie działam na zasadzie kopiowania. G je, to ja też jem. Straciłam też radość z gotowania. Zrobiłam ostatnio pierogi z soczewicy. Dobre - ALE. Musiałam je spaprać oliwą z oliwek i szczypiorkiem:/ Przecież wiedziałam jak to smakuje... no i to przeklęte ciasto... nie mam pojęcia co robię nie tak...eh...
Ostatnio z powodów zawirowań z mieszkaniem i czwórką właścicieli tego jednego, nerwica się odezwała. Serducho poszło na spacer i pomachało z daleka. Tym razem użyłam tabletki większej, ale łagodniejszej w działaniu. Drugiej narazie nie ruszam.
Nawet G. podświadomie rzadziej ze mną przebywa. Sama nie mam już ochoty przebywać ze sobą.
Byliśmy u rodziców G. Lubię ich nawet. Pan wąsacz jak zwykle radośnie zabawny z fajnym poczuciem humoru. Pani o białych włosach jak zwykle... - "starająca się". Ale to tam zaczęło dopadać mnie znerwicowanie. Pojawiły się koszmary, serce wariujące, próbujące wyrwać się z tego miejsca, ciała, czasu. Poczucie winy, że nie zarabiam, nie pracuję (praca=8h dziennie 5 dni w tyg. Raz w miesiącu wypłata), nie mam celów i takie tam. Pasożyt nudzący się w domu.
Poruszyłam w tym pisaniu 4 wątki, które chciałam pociągnąć dalej. Nie udało się.
Każdy przejaw dobrej myśli skierowany do mnie zabijam nie działaniem.
Głupia płaksa.
nanii 2007-04-25 22:07:20
jak cudownie, że pojechałam na te zajęcia. "Ból istnienia" był świetnym tematem na obecny czas. Skąd deprecha, nerwica, ciągle powtarzający się schemat bólu, podobne sytuacje powodujące ten sam efekt. Skąd jak i dlaczego. Wiadomo już. Nie byłam na sesji pierwszego dnia. Pojechaliśmy do znajomych. Tam powtórzył się schemat mojego pierwotnego bólu. Jeszcze wtedy nie byłam w stanie racjonalnie na to spojrzeć i skojarzyć. Bolało wszystko. Dostałam drgawek. Byłam przerażona i bardzo smutna. Dobrze, że Agatka była ze mną. Serce fizyczne zaczęło nawalać. Nie wzięłam tabletki ratunkowej z nadzieją, że będzie gorzej. Później kochany G. próbował coś powiedzieć, zrobić. Będąc szczerą wobec niego, powiedziałam, że nie powiem mu teraz o co mi chodzi (nie miałam ochoty/nie wiedziałam jak/nie wiedziałam nic/ślepa i boląca), ale że tak w ogóle, to mu powiem, ale później. Zgodził się. Rano, pani Ewa znowu mnie wkur*, czułam, że jej nienawidzę. Przypomniałam sobie nasze wcielenia, w których ona wciąż próbowała podrywać moich partnerów. (tak, tak, nauczyłam się wreszcie dokładnie co to znaczy zazdrość o partnera. Dlaczego nie nauczyłam się tego wcześniej?) Ale nie tak "normalnie". To nie flirtowanie, które i ja lubię i nie widzę w nim nic niewłaściwego, niezależnie od tego czy ma się partnera czy nie. ALE chodzi o całkowicie i w chory sposób wyrafinowaną manipulację energetyczną ukierunkowaną. Niejawną. Nienawidzę takich. Faływe, kłamliwe, obrzydliwe. "Święte" i przypadkowe, lecz powtarzające się. Konsekwentne. Sama je stosowałam więc wiem na czym polegają i kiedy je ktoś stosuje - zwłaszcza w takim celu. Następny dzień to kolejna rozmowa z G. Próbowałam jasno określić o co tak w istocie mi chodziło. Zdaje się, że pomimo tego, że mówiliśmy o tym co ważne było dla mnie, to i tak nie doszliśmy do "magic word", które by mnie uspokoiło. Później dalsza część morderczych testów (Lesiu przeszedł sam siebie ;)) Coś się rozjaśniło i na przerwie kolejna rozmowa. Boże, dzięki ci za tego człowieka, że jest ze mną, że kocha, że akceptuje i że jest wyrozumiały :D Wreszcie doszłam do TEGO słowa/stwierdzenia, które było ważne dla mnie i które rozwiało wątpliwości i totalnie mnie uspokoiło. Nie interesowało mnie to, że kocha, to że on by z nią nie koniecznie, ani to, że on ze mną itd. Żadne zapewnienia nie były ważne. Ale jedno stwierdzenie. Jedno. Z radością bym je podała, ale nie jestem pewna, czy G. by się na to zgodził. Nawet zaczęłam się zastanawiać czy to nie jest kwintesencją kobiecości..., a może męskości?
W konsekwencji, po obiedzie, zostaliśmy na sesji. To była naprawdę dobra sesja. Doszliśmy nawet do pierwotnego bólu mojego. Miałam naprawdę fajnego, chętnego i ładnego terapeutę;)(oczywiście chętnego na sesję reg). Doszłam do powodów, przyczyn, konsekwencji, świadomości powtarzania się schematu itd. Sesja owocna i przynosząca rezultaty. Czuję się usatysfakcjonowana. A na sam koniec okazało się, że mamy wspólnego znajomego "nie-rozwojowca", gdzieś daleko z Rybnika:) No i zaprosił mnie i G. na występ swojej grupy kabaretowej:D
Teraz czuję się już naprawdę dobrze (nawet jeśli zgubiłam po raz kolejny komórkę). Jest światełko w tunelu idę do przodu. Po co były mi te zjazdy też już wiem. Nie chwalę się jeszcze, bo nie mam teraz czasu:) może później.
nanii 2007-04-30 16:00:05