To poczucie, że zawsze ktoś gdzieś tam jest. Dzięki temu, cokolwiek i gdziekolwiek się robi, nie ma w tym strachu. Bo zawsze jest ktoś. Nie ma samotności. Taka przystań, gdzie jest coś co znam. Gdzie jest coś co wiem jak pachnie.
A jeśli jest brak?
Motywacja strachem. Gotowość na zrobienie w s z y s t k i e g o, aby tylko nie stracić tej cząstki mnie, którą wsadziłam w kogoś innego. Czy uwolnienie od tej cząstki jest częścią oświecenia? Oznacza Wolność? Pieprzenie.
Tylko raz jeden doznałam stanu bez jakichkolwiek połączeń z kimkolwiek. Absolut. Wolność w szerokim pojęciu. I . Brak samotności. Brak przyczyn samotności. Oddech pełną piersią. Radość nad radościami. Życie.
Nie wierzę w ponowne osiągnięcie tego stanu. Nie w tym wcieleniu. Nie następnym. A "staranie się" przyniesie tylko kolejne klocki do uwolnienia.
Więc po co walczyć z tym?
Przez tyle wcieleń traciłam ukochane istoty, aby nauczyć się nie przywiązywać do nich. Nie zostawiać w nich cząstki mnie. Nie zatrzymywać. Nie ograniczać. Siebie. Ich.
A i tak. Za każdym razem uczyłam się ich na pamięć. Każdą z tych istot. Zapamiętywałam. Teraz rozpoznaję ich po zapachu. To jedyna rzecz, która się nie zmienia. A oni dalej odchodzą.
Jestem jak pies. Przywiązuję się do ludzi. Mam silny odruch stadny.
Czasem czuję krzyk wewnątrz mnie i chcę wydostać się na zewnątrz tej plątaniny masek, zależności i oczekiwań (od tego - tak. Ale nie od tego co łączy mnie z tymi ludźmi, miejscami. Nie od ich zapachu. Dlatego wciąż do nich wracam). Pozwalam sobie. Ale nie pozwalam na to innym. Chcę mieć gdzie wracać. Zależność to poczucie bezpieczeństwa. Jasne reguły gry. Nawet jeśli ich brak to i tak wszystko jest jasne. Ta sieć nie może się rozpaść bo nie zostanie nic. Nie znam innego sytemu działań.
Nie ma żadnego systemu.
I w tym jest problem.
Bo skoro nie ma to dlaczego ja widzę go wszędzie? Nie ważne na jakim poziomie. Ziemskim, mentalnym, duchowym. Jakimkolwiek.
Nie wierzę w to, że będą potrafili żyć ze mną, bez uzależnienia. Nie wierzę w to, że ja będę potrafiła żyć bez nich. Nawet jeśli próbuję to i tak po czasie ponownie wytwarza się hormon, który zakazuje myśleć samodzielnie. Ważne jest podłączenie pod "wspólny" mózg. Samodzielność jest zakazana. Owszem, dostępne są pewne formy samodzielności, ale w granicach sieci.
Są małe przejścia.
Takie malutkie.
Z jednego systemu poplątań w inny.
I pomiędzy nimi jest czas na wzięcie oddechu.
A później następuje chwilowy brak świadomości.
A po nim. Budzimy się w kolejnych zawikłaniach z innymi ludźmi, rzeczami, duchami, bogami.
Dzielę się wszystkim, albo niczym.
Ze skrajności w skrajność.
Najbardziej przeraża mnie znalezienie się w miejscu, gdzie nie rozpoznam ani jednego znajomego zapachu.
Więc zamykam oczy na pamiętanie o tym wszechogarniającym spokoju. I ciszy. Ciszy, która staje się tak głośna, że aż czuję ją każdym elementem mego bycia. Nie wiem dlaczego nie potrafię tego znowu odczuć w pełni. Zdaje się, że wolę malutkie prześwity tego rodzaju spełnienia, wolę lekkie zabrudzenie, zakłócenie tej ciszy. Jest wtedy bardziej dostępna. Bardziej słyszalna. Tylko po cholerę uzależniać się od tych "przeszkadzaczy" ciszy myśląc, że to dzięki nim usłyszę znowu?
Tak jest łatwiej?
Nie wiem czy łatwiej.
Tak jest znośniej.
Nie wierzę, że można inaczej. Więc nawet nie próbuję.
nanii 2008-09-01 21:14:31
To tylko kartka urodzinowa. Tylko że mnie wzruszyła.
Bo tak.
"Friends are angels sent down to earth to make good days and to help us find our way"
Nie ważne co. Ważne jak i od kogo.
Chyba..., chyba nie jestem tu całkiem sama. I chyba..., no - to miłe.
Mogę się z tego cieszyć?
Mam alternatywę?
Nie chcę zapomnieć choć zdarza mi się to permanentnie. I wtedy czuję wstyd. I mam poczucie winy. I jestem niemiła. I chcę uciec.
Changes are good
nanii 2008-09-07 16:48:06
Bo to wszystko przez Grzegorza!
Bo on się rozwija duchowo zamiast być z zewnątrz ukierunkowany!!! Powinien być, np mieszczuchem, takim jak fiołki (znajomi), albo być taki..., rodzinny - dom, dzieci, pies, drzewo, herbatki rodzinne itd. Albo jeszcze jakiś inny. A tu nic!
Jest na etapie, podobnie jak i ja, uwolnienia tych wszystkich masek uwarunkowań oraz sztucznych barwników życia! I co? I gówno! O_o
Bo nie mogę przez to bazować na nim, bo nie mogę podłączyć się pod niego i żyć podług jego/naszych wspólnych wzorców! Pewnych, wypróbowanych i znajomych. Wszystko byłoby poukładanie i znajome. Role zostały już przydzielone, scenariusz rozdany, gramy - akcja - klap.
A tu lipa.
Znajdź swoją radość. TY piszesz scenariusz, TY decydujesz jak bardzo wejść w rolę, TY przestajesz grać (!!!) Kurde. Jakie to jest trudne do zrealizowania.
I gdyby Grzegorz miał swój scenariusz napisany przez jakiś pierwowzór idealnego życia - byłoby MI łatwiej. Nie mówię, że szczęśliwiej. Ale łatwiej. Wiem, że znalazłabym w tym swoją własną radość.
Facet chce mieć kurę domową? - proszę bardzo
Chce mieć kobietę wyzwoloną? - proszę bardzo
Chce mieć oświeconą? - no problemo
Chce mieć? - proszę bardzo.
Chce stworzyć - ok
Chce, abym o wszystkim ja decydowała - pfff - pestka
Chce mieć samodzielnie myślącą? - proszę bardzo
Chce mnie prawdziwą? - a co to znaczy?
On nie chce wejść w żaden mój scenariusz idealnie szczęśliwej rodziny stworzony przez społeczną potrzebę stabilnej, przewidywalnej moralności.
Nie chce i nie pozwala mi na pójście za jego plastikowymi kreacjami, bo się od nich uwalnia. Są niestabilne. Można ocipieć próbując się pod nie podłączyć i działać podług nich.
Nie chce mojego ja, bo jest równie niestabilne i zafałszowane jak klisze idealności.
Czasem pragnę faceta, który wie czego chce. Byle co, ale aby był pewien tego. A to dlatego, że sama jestem stabilna jak moja tykwa z mate dzisiejszego ranka radośnie wywrócona do góry nogami razem z zawartością. Potrzebuję stabilności i szukam nie tam gdzie trzeba. Nie w sobie. Tykwa i mate oblewająca kable i listwę to tylko ostrzeżenie - przestań grać (w przenośni i dosłownie) i zajmij się tym co się z tobą dzieje (a działo się nie mało, bo Pan Da. postanowił pomarudzić i mnie coś ruszyło nie wiedzieć czemu. I chciałam to olać uciekając w "grę". I się olało. Wszystko. Co się naścierałam mate to moje. Ale zrozumiałam. I zobaczyłam. I nie uciekłam. I dziękuję Panu Da).
Umarłabym żyjąc wg scenariusza. W wieku 28 lat.
A teraz, po prostu nie wiem co mam robić. Nie ma scenariusza. Sama mogę kreować, stwarzać, działać? A co to do cholery znaczy?! W jakimkolwiek kierunku próbuję iść bardzo szybko okazuje się, że to iluzja. Nie moje. Nie ja to stworzyłam, nie ja to wybrałam. Wybrano za mnie. Czasem wizja przyszłości jest naprawdę piękna - wciąż nie moja!
I wciąż nie tego chcę.
To nie jestem ja.
Dziwne. Napisałam to i pomyślałam, że to właśnie jestem ja! Dom, rodzina, społeczeństwo, mieszkanie, praca, itd. P o u k ł a d a n i e. Tylko że to "ja" mi nie odpowiada, bo nie jest prawdziwe. Jakiekolwiek "ja" zostało stworzone na potrzeby przeżycia tu.
Ego - ja. Taka sobie rola - ja. Scenariusz - ja.
To wciąż iluzja. Oddzielone ja. Nie ograniczona potrzeba istnienia ja. Ogromna chęć przetrwania ja. Jak nie być "ja" i czuć swoiste spełnienie w sercu?
Bóg moją drogą i moim drogowskazem?
Kurwa, w tym momencie nawet to nie wiem co oznacza.
nanii 2008-09-09 14:27:38
Jutro wyjazd na porodówkę i odebranie Ani ze szpitala. Wyjazd do niej na dwu tygodniową lekcję posiadania maluśkiego dziecka w domu już jutro;)
nanii 2008-09-13 11:24:30
Maja. Cóż mogę o niej powiedzieć… Wyrozumiała, tak, to z pewnością. Dla mnie ;)Dobrze nam się współpracuje.
Pati widząc, że dobrze sobie radzę, że sprawia mi to nawet jakiegoś rodzaju przyjemność, zapytała: „ to teraz chcesz już mieć dziecko?” A ja jej na to, że to, że umiem się nim zająć i dogadać to nie znaczy, że chcę mieć.
Czy chcę?
Mam dziwne wrażenie, że to jest jakaś kwestia poza mną. Po za moją decyzją. Mogę „walczyć” z tym, aby nie mieć, lub poddać się i mieć. Walka (no właśnie – w a l k a), poniesie za sobą znacznie większe spustoszenie. Jedno jest pewne – nie teraz i nie w tych warunkach. Mam jakieś przedziwne wrażenie, że jeśli będę pracowała w tym temacie to cały świat w łatwy i prosty sposób da mi warunki i możliwości. A z drugiej strony jest szansa, że to hormony mówią mi wszystko co chcę, aby tylko się zgodzić.
To smutne.
Moje drogi życia, te w których tworzę podstawową komórkę społeczną i te, w których tworzę ohana. Którą z nich chcę doświadczyć? Bo nie ma wątpliwości, że każda z nich jest moja. Tylko nie każda podyktowana czystymi intencjami do samej siebie. Które wspomogą mój wzrost, a które go zahamują/spowolnią?
Fajnie Agata mówiła na zajęciach Leszka (dając jemu kontrę), na temat pozytywnych aspektów urodzenia dziecka. Lesiu widział zbyt dużo rodzin mających dzieci „z przypadku” i nie ma pozytywnych wzorców jak mogłoby to wyglądać :) Ale mówię to tylko z „zabezpieczenia” dla tych, którzy podzielają jego zdanie. A dlaczego? A dlatego, bo wciąż władzę nad moim życiem ma opinia innych ;)
Instynkt macierzyński. …
Mogę mieć karmę rodzica w 100% przepracowaną, ale to wcale nie oznacza, że on nie działa. Może można mieć dziecko nie tylko z powodów chęci przepracowania sobie karmy rodzica?
Jedno jest pewne. Harmonizuję z Mają. Obie to poczułyśmy w tym samym momencie. :)
nanii 2008-09-14 10:33:09
Zmiana. Zmiana jak w kalejdoskopie. Dziś poprosiłam G aby dał mi na piśmie, że nie będzie chciał mieć dzieci. Nie chodzi o to, że Maja jest nie fajna. Je, robi milion kup, śpi i jest cierpliwa wobec mnie, chodzi o to, że w zasadzie mam wycięte z życiorysu jakieś 6 lat z życia minimum, nie wspominając o reszcie. Widzę ile czasu i uwagi potrzebuje ta dziecina. Decydując się na dziecko naprawdę trzeba być gotowym dać temu dziecku tego co potrzebuje. Uwagi, ciepła, uwagi, bliskości, uwagi, umiejętności przebierania pampersów, uwagi, mądrości, uwagi……………………………, aha, zapomniałam dodać, że jeszcze uwaga jest bardzo istotna. Hyhhhhhhhh
W zasadzie jestem tu pierwszy pełny dzień i już nie chcę mieć dzieci. Super, że mam z nią super harmonię i w ogóle, ale ilość uważności jakiej potrzebuje jest wielka. Nawet jak śpi ;) Może to kwestia umiejętności przestawiania się?
Rozumiem już niektóre mamy, które poświęcają się w pełni dziecku, a później nie mają co ze sobą zrobić kiedy dziecko ma 35 lat i wciąż nie chce mieć dzieci i mamowie i tatowie, którzy poświęcili się dziecku całkowicie nagle nie mogą kontynuować tego jako dziadkowie. I to tragedia.
nanii 2008-09-15 21:52:53
Z pamiętnika opiekunki z przydziału
Dziś śniła mi się rzeź w południowych Chinach. Niestety, ale byłam tą, która ucieka. Zapędzono nas do wielkiej hali. Od dołu szła maź w kolorze kupy Mai. Kiedy się w nią wpadło – umierało się. Część z nas uciekała jak instynkt nakazał, część już sobie radośnie umierała, a część robiła zakupy – bo to nagle super market był. Nam kazano wejść do kina. Widziałam tam Chinkę z dzieckiem. Pytam się czy oni nie umrą? A ona mi mówi, że chińczycy mają wszczepione chipy i ich ta maź ominie. Od słowa do słowa stwierdziła, że mi pomoże więc ja za telefon, aby G też się załapał:) Dalsza część snu to abstrakcja. Doszło do tego, że waliłam małym niedźwiadkiem, który mnie atakował o drzewo, aby się odczepił. Się odczepił, ale jego mamie się to nie spodobało ;)
Mogłabym sobie teraz radośnie zarabiać a ja siedzę zmieniając kupy i odrabiając lekcje ze starszą dziatwą.
nanii 2008-09-16 08:06:33
Dlaczego tak łatwo było im rozdysponować moim czasem? Wycięli mi 2 tygodnie z życiorysu. A ja się na to zgodziłam… Fajnie się patrzyło na to jak u mnie w domu wszystkie kobitki się zgrały i przyjechały pomóc Ani kiedy była w ciąży. To było naprawdę piękne widząc ich chęć niesienia pomocy, bo ktoś inny z rodziny jej potrzebuje. Ja też chciałam. Ale nie chciałam, aby za mnie zdecydowano, nie chciałam, aby postawiono mnie w sytuacji niezręcznej i głupio było powiedzieć, że nie chcę 2 tygodni. … Klientka czeka na serię masaży Lomisiowych, a ja się tu rozbijam cudzym samochodem (spoko, to tylko tylne światło – na razie). Mam wrażenie, że wszelkie pretensje zgłaszane od mojej PS są zamknięte i głucha jestem na nie, nie pozwalam jej nic mówić, nie słucham. Kurwa się wkurzyłam, że muszę jeździć po piwo, bo fachowiec (bez ironii) , który pracuje u Ani, jest kurwa alkoholikiem i dostał ataku padaczki alkoholowej, bo się nie napił w odpowiednim momencie. Mam wrażenie, że jestem jak zombie powoli. Cokolwiek powiedzą ja robię. Nawet nie ma we mnie stresu, że idę na jakieś zebranie i będzie milion różnych obcych mi osób a ja jeszcze mam coś załatwiać u kogoś. Działam jak ślepiec. Dziś jak pojechałam do Miasteczka, nie obchodziło mnie, że śmierdzi papierosami mojej mamy. Tak bardzo nie chciałam wracać tu, gdzie teraz jestem. Nie chcę już tej pauzy. …
nanii 2008-09-17 14:21:32
Jeśli chodzi o dziecko- u mnie ok. Jeśli chodzi o dobrowolny przymus bycia tutaj- Robię sobie wolne w sobotę. I jest to dobrowolny przymus dla Ani ;) G przyjedzie i spotkamy się z B&D . To jest dla mnie ważne. Ani nie do końca to odpowiada. Ale mam to w nosie. Bycie tu nie jest mi na rękę. Klientka chciała umówić się na serię Lomisiowego masowania, a mnie nie ma. Tak jakby bycie tutaj tak długo jest dla mnie ze stratą. I to wcale nie małą. Jak dla mnie, Ania potrzebuje mnie już tylko do ugotowania obiadu, odwożenia robotników, dzieci do szkoły, sprzątania, czasem przebrania małej. Takie „drobiazgi”, które nie są takie tragiczne, ale …, wydaje mi się, że już przerobiłam „dobrą samarytankę”. Tydzień – spoko. Dwa tygodnie, gdzie powinnam powtarzać gramatykę ang ;) zajmują mi picie kawy i jedzenie czekolady, bo to jedyne rzeczy, które wytwarzają cudowne endorfinki. Potrzebuje ich. Bo to jedyna iluzja, na którą PS się jeszcze zgadza, dopóki nie wybuchnie.
Fajne są rodzinne pomoce wzajemne, ale to już nie pomoc. Bo tracę ja. Trzeba dzielić się nadmiarem, a nie swoim kosztem. Nie wspomnę już, że *moje* jedzenie kupuję za swoje. I tak jadłam zupę na rosole przez dwa dni. (O bogowie, kto to wymyślił, aby jeść jedną zupę przez 3 dni??????? )
Trzeba powiedzieć jasno. Pod względem jedzenia mamy z Anią zupełnie inne priorytety. Wydać pieniądze na upiększenie domu – spoko, wydać na jedzenie (lepsze niż powidła i pasztet) – to już problem. Ostatnio powiedziałam przy moim stole, że nikt głodny od niego nie odejdzie. U niej taki tekst by nie przeszedł. Ma pracownika, który robi remont, ma mnie, (przecież nie jestem tu na wakacjach), a najchętniej wysyłała by nas do mamy na obiady, aby zaoszczędzić. Ostatnio się zmartwiła, że zostało im mało kasy na koncie z powodu remontu. Pytam się ile. I myślałam, że mi rozerwie policzki od powstrzymywanego śmiechu. Ma tyle ile ja skarpetkowego na dom ;) I TO JEST MAŁO?????
Może takiego myślenia nabiera się z czasem? Może gdybym mniej wymyślnie gotowała to już byśmy mieszkali w swojej własnej posiadłości? ;) Hm, trzeba to przemyśleć :D
Cd.
Tak wygląda mój raj. Herbatka w dzbanuszku, czekoladka (no co, mogę! Oddałam krew, mam okres…- tyle ubytku krwi w jednym miesiącu to trochę za dużo. No i nie wspomnę, że przydało by się trochę skorzystać z tych 8 czekolad, które dostałam za charytatywność;) ), oraz ogród z szybującymi myszołowami. Brakuje trochę słońca, ale od poniedziałku niewiele byłam na Świerzym powietrzu (nie wliczając momentów, kiedy robiłam za kierowcę). Nie przeszkadza mi, że marzną mi palce, gdy to piszę…, a w zasadzie mi nie marzną. Jest nawet ciepło. Nie ma wiatru, dwie pary skarpet, ciepły polar i niestety już chłodna herbata (po 8 minutach bycia w ogrodzie), robi swoje. Miło rajsko i w ogóle :) Nie pozwalajcie mi wracać do środka!!! Idę na maliny :)
nanii 2008-09-18 13:54:28
Jeszcze 4 do 6 dni lekcji dla mnie.
Dziś się konstruktywnie wkurzyłam. Pomiatają tobą dopóki ty dajesz przyzwolenie na to, aby to robili. Pan „Zdzichu” przegiął. To pokazałam mu co to znaczy być konstruktywnie asertywną osobą. Najbardziej zadziwiła mnie jego potulna i zaskoczona mina przyznająca mi rację.
Dostaję tu wiele lekcji. Ostatnio miałam taki zachwyt nad „rodziną”. Nad tym, że jeśli ktoś potrzebuje pomocy, to się mu idzie i pomaga. Rodzina. I wydało mi się to piękne. I nadal tak sądzę. Chciałam więc tu jestem. Nie koniecznie chciałam wyciąć sobie z życiorysu 2 tyg., ale co tam, stało się. Nie tracę czasu. Uczę się. Zabawa w rodzinę nie jest dla mnie. Przysięgam – naprawdę można zagubić tu samego siebie. I może o to właśnie chodzi? Może po wielu latach wychowywania dziatwy będzie trochę czasu na odnalezienie swojego Besttoplejstu wewnątrz nas? Hyh, tak jakoś szkoda mi czasu. Umysł mamusi (nie wiem jak taty), ciągle musi być ukierunkowany na zewnątrz, ciągle musi pamiętać co jeszcze jest do zrobienia aby wszystko było dobrze. Zero czasu dla siebie. No, może raz na miesiąc znajdzie się porządna chwila dla samego siebie. A może raz na pół roku? Rok? Bo zdarzają się chwile wytchnienia, ale tak jakoś ma się wtedy ochotę paść na łoże i gapić się bezmyślnie w pudło, lub absolutnie stracić czas na niczym. Bo za krótko, aby zająć się swoim umysłem. Może przesadzam, może tak jest tylko przez jakieś kilka lat. Tak na dobrą sprawę Pati jest już 11 letnią dziewczynką, więc to już był czas dla Ani. Mogła zająć się sobą. Tylko że nagle okazało się, że ona nie wie co to znaczy i popadła w depresję. Całkowity bezsens w życiu. Bo dziecko duże i zaczyna chodzić własnymi ścieżkami. Więc zaliczyła wpadkę i teraz ma nowy cel. Znowu umysł ukierunkowany na zewnątrz, a wnętrze w rozsypce, ale przecież nie ma czasu na zajęcie się sobą. Nie teraz. Może za parę lat…
Takie życie nie jest dla mnie.
Jedyne co mogę zrobić to złożyć dłonie i gorąco podziękować Bogu za to doświadczenie. Wolę moją Ohanę.
Ciekawe jak rozwojowcy radzą sobie, gdy świeżo zostają rodzicami
nanii 2008-09-22 17:52:16
jest szansa szybszego zakączenia tej przygody?
Jestem już raczej spokojna. Może to kwestia pogodzenia się z losem, może to jedzenie mojego jedzenia i nie czajenie się z tym. Sama nie wiem. Ania pojechała dziś samochodem do Miasteczka. Hm :> to oznacza, że w zasadzie nie muszę tu już być :D … w praktyce nie wygląda to już tak kolorowo. Przesrane jest mieć małe dziecko i być samej w domu. Tusia nie koniecznie jest w stanie jej wystarczająco pomóc. 2 tyg. Nie więcej. Siłą mnie tu nie zatrzymają ;)
nanii 2008-09-23 12:02:24
zakończenie przed upływem 2 tyg
Wczoraj zaczęły się wizje uderzania niemowlaka o stół. Nie wiem dlaczego. Ania głównie się nią zajmuje. Ja tu już tylko sprzątam i gotuję. Taka pomoc domowa. Więc skąd te wizje? Wczoraj przed snem umysł zaczął kierować się w niski astral. Przerwałam i nie pozwoliłam. Jakieś dziwne praktyki?
W nocy miałam sen, że jestem w miejscu „jakimś tam”, gdzie dzieje się wiele społecznie poprawnych spraw. Początkowo brałam w nich udział, ale w pewnym momencie już mi się nie chciało, ale nie mogłam się już wyrwać, już nie mogłam wyjść. Mogłam, albo wejść w ich gry i współdziałać z nimi, lub odczuwać zniewolenie, niemoc, smutek i poczucie, że tracę czas. To było okropne odczucie. Byłam przerażona! Nigdzie nie było wyjścia! Poddałam się. Po prostu się poddałam. Czułam się przesmutna. Bezsensowne słowa, gadanie o niczym. Rozmowy absolutnie nie doprowadzające nigdzie. Puste gadanie. Mundańskie pieprzenie. Poddałam się i zaczęłam wchodzić w ich bezsensowne gry. Tak bardzo nie pasowałam, że aż oni to widzieli i patrzyli a mnie dziwnie. Nie potrafiłam grać. Nie pasowałam do ich życia.
Jutro Grześ po mnie przyjeżdża. Ania wolałaby, abym została do niedzieli, ale wszystko to do czego jestem jej teraz potrzebna teraz, przydałabym się przez następne trzy lata. Anula samodzielna, więc zmywam się do Lubina :D przez jeden dzień to ktoś o mnie zadba:) Już tak bardzo chcę stąd iść, że aż dziś się popłakałam. Tama pęka.
A tak dodatkowo – bardzo się cieszę, że nie jestem Ani dzieckiem. Lubię ją jako siostrę. Jako człowieka… - nie jest ideałem, ale któż jest?
nanii 2008-09-25 19:19:11
będąc gosposią i nianią z wolontariatu przez prawie 2 tyg., będącego dobrowolnym przymusem, pisałam notki. Teraz je wklejam. Dużo marudzenia. Zostawiam jako przestrogę dla mnie w przyszłości :)
nanii 2008-09-29 10:31:49