Bilet już mam. Teraz mogę pisać. Bo pewność. Bo zapłacone. Bo prawie spakowana. W jedną stronę. Mieszkanie już jest.
Wyjazd był tak często przekładany, że już się nie boję, nie stresuję, nie cieszę, nie jestem niecierpliwa. To już wszystko było przed poprzednimi planami, które musiały zostać przesunięte. Teraz czuję się bardziej skondensowana. Nie ma emocji, które by mi przeszkadzały, rozwalały. Może lekki stres przed używaniem języka. Ale to tylko mój perfekcjonizm się odzywa. Znam wystarczająco, ale nie znam wszystkiego. Więc codziennie mój mózg robi pompki i tylko czasem robię przerwy, aby uspokoić się patrząc na ogrom mojej niewiedzy.
Czasem nie wiem po co jadę. Ale patrząc "na teraz" nie widzę lepszych opcji. Przygotowywałam się do tego wyjazdu już od paru miesięcy. Czasem trochę nieświadomie, kupowałam rzeczy, które "wiedziałam", że będą potrzebne na wyjazd. Tak, aby wszystko było gotowe, aby nie działać na ostatnią chwilę. I nawet patrząc z perspektywy, to bardzo dobrze, że wyjazd się odkładał. Dzięki temu zdążyłam ze wszystkim. Chciałabym czuć euforię, ale jej nie ma. Chcę to jakoś sklasyfikować, ale nie umiem. Chciałabym to jakoś ocenić, ale też nie umiem. Nie wiem czy to dobrze czy nie.
Coś jednak musi być na rzeczy, bo nie mam już paznokci przy pięciu paluszkach u rąk. Oznaka strachu - przynajmniej u mnie. Również mój kciuk doznał bardzo niezwykłego poparzenia nie wiadomo jak. Nie umiem wejść w siebie na tyle, aby pogadać z PS. Może chodzi o wspomnienia z ostatniego wyjazdu i strach kumulujący się w moich nogach "dlaczego znowu mnie zmuszasz?". Nie potrafię nic z tym zrobić.
Plusem jest to, że G. przyjedzie na święta :) Cieszę się:) Będzie nas więcej przy wigilijnym stole ;) Bóg się rodzi czy nie, barszczyk z fasolką i uszkami w gronie ukochanych musi być :)
Dodaj mi sił, Boże, i mądrości.
nanii 2008-11-04 11:35:55