trzy dni bez kawy i zaczęło się znowu. Najpierw spokojnie. Odczucia, wrażenia, kurzyki widziane kątem oka. A potem zaczęło się wi(e)dzenie.
Przestraszyłam się. Schowałam.
Nawet nie umiem ułożyć afki na to.
czuć się bezpiecznie.
łykłykłykły
Kawusia była pyszna.
Ślepota zaczęła wracać.
Depresja wróciła na pół dnia. Myśli atakujące każdą komórkę mojego ciała.
Nie dawać im uważności, nie pozwalać, nie dzieje się, nie dzieje się, nie dzieje się.
Nie zgadzam się.
hop.
wszystko zniknęło w ciągu chwili. Jakby ktoś uciął nożyczkami.
Został tylko wieeeeelgaśny, migrenowy ból głowy. Przed snem BSM i modlitwa.
Obudziłam się wyspana.
Spokojna.
Jakoś tak - szczęśliwa.
nanii 2009-10-08 12:06:15
Do mężczyzn!
Oddajcie kobietom prawo do korzystania z guziczków!
Do kobiet!
Korzystajcie ile wlezie! Zasłużyłyście!
nanii 2009-10-13 09:42:40
Naprawdę lubię kawusię. Nie zawsze i nie każdą, ale uwielbiam. Mam kilka swoich kombinacji kawowych, których odczuwanie na języku, w całych ustach, jest przyjemnością w całym ciele. Takie swoiste kawowe mmmmmm. Czasem na chwilę sama staję się smakiem.
Ale.
Musiałam/chciałam w ramach powrotu do pełnego widzenia, zrobić sobie odwyk od tego cudownego trunku. Prawie tydzień minęło od ostatniej kawuni. Na początku brak różnicy, tudzież niewielka. Ale dziś, gdy zaczęłam przygotowywać się do przyjęcia klientki na sesję, odczułam różnicę. Modlitwa płynęła bez zająknięcia, z lekkością i łatwo, długo, skutecznie, w pełnym poczuciu płynięcia wewnątrz. Nie w głowie, nie Z głowy. in.
W ramach eksperymentu, wczoraj wzięłam bezkofeinową, ale z całą resztą dodatków. Ta sama przyjemność, to same odczucie, ta sama ekstaza - bez czopka na głowie :)
nanii 2009-10-14 12:21:39
Że się tak wyrażę - bleeeeeeeech.
Jestem trochę w kropce. Sesja poszła nieziemsko. Naprawdę dobrze. Rzekłabym BARDZO dobrze.
Dla klientki. Nawet zapłaciła więcej niż miała. Chciała. Sama.
Ja potrzebuję kąpieli w wannie z solą i wymazanie z pamięci paru scen.
Nie wiem co mam zrobić. Jak powinnam coś zrobić. Po prostu nie wiem.
Nie "pachniała" dobrze. Nawet może bardzo niedobrze. Chciało mi się rzygać. Zrobiłam modlitwę i zabrałam się do pracy. Poszło szybko i konkretnie.
Widziałam jej wcielenia, bardzo wyraźnie, bardzo wyraźnie też czułam jej emocje, widziałam sceny, czułam odór energetyczny scen, które miały miejsce. I odliczałam, odliczałamOdliczałamczałam. Raz nawet... ... Nie byłam w pokoju. Byłam tam, ale byłam też,... - nigdzie. Tak jakbym straciła kontakt z ciałem. Straciłam świadomość istnienia, ale nie Bycia.
Wracając odzyskałam najpierw słuch i słyszałam co mówię odliczając, tudzież to co chciałam powiedzieć, oraz dźwięk. Nie wiem czego dźwięk, ale tak się go przestraszyłam, że bardzo szybko otrzeźwiałam. Może dźwięk ocieranych nogawek spodni. Tylko wzmocniony tak ze 140%
Nie wiem.
Przez chwilę nie wiedziałam gdzie jestem, co robię, kim jestem. Kim jest ona. Chyba..., wydaje mi się, że ..., tak jakby..., chciałam jej przywalić? Nie chcę powiedzieć zabić, ale wygonić z domu?
Szybko otrzeźwiałam i dalej liczyłam..., czasem nawet będąc w "jej obrazach", nie byłam świadoma wypowiadanych słów. Był odgórny rozkaz "odliczaj", i PS/ciało/umysł wiedziało co ma robić, gdy mnie nie ma . . . (?)
Słucham Rhapsody (laaata tego nie słuchałam) i czuję się chyba lepiej.
Zaraz napuszczę wody do wanny. Nie czuję się dobrze. Po sesji nie czułam się stabilnie energetycznie. Kamertonem zharmonizowałam aurę i przynajmniej piekielny ból głowy minął. I..., nie czuję się dobrze.
Co się ze mną dzieje?!
Jak piłam kawę to sesje były również owocne, ale bez tego całego BYCIA w jej karmie. Czucia go. Jej. Jego. Nią.
To przecież nie moje. Nie moje wzorce, myśli, wspomnienia.
Mam pić kawę? Nie pić jej? Pić z umiarem? Bez sensu. Podobała mi się dzisiejsza modlitwa. Dzisiejszy kontakt ze mną. Ale ta sesja... Przypomniałam sobie przy okazji pozostałe sesje, na których byłam na detoksie kawowym. Nie chcę tego powtarzać.
Nie umiem tego kontrolować, ani - ani wymyślić afki, dekretu..., czegokolwiek w tym temacie. Chyba sama potrzebuję sesji.
nanii 2009-10-14 18:08:25
Od 17 dni piszę afkę, czytam dekret, do tego dochodzą inne rzeczy w "temacie". Efekty? Nie takie jakich oczekiwałam. Co wcale nie oznacza, że złe. Reakcje ludzi, choć nie wiedzą, jest dokładnie taka jak mój dekret zakłada. Świat na zewnątrz mówi mi jakbym już osiągnęła to co chcę (choć tego jeszcze nie ma). Zadziwiające.
I wczoraj dostałam coś całkiem innego. Realne potwierdzenie, że NIE mam/nie dzieje się/ tego na czym mi zależy. Podłamałam się trochę. I aż mi się zaczęło odechciewać robić cokolwiek w tym kierunku. Ale wróciłam do domu, spojrzałam w lustro - przecież wiem, że to PS wywala to co ma w sobie. To etap. "Zgrzeszyłam", a wieczorem ponownie zabrałam się za kilof i łopatę.
Wiem, że konsekwencja jest ważna. Chcę dać radę.
nanii 2009-10-25 20:39:33
Te chwile ulgi - bez walki, stresu, braku, poczucia "nie na miejscu", "nie pasowania"; te chwile pełni, gdzie wszystkie cząstki pasują, gdzie wszystko jest na swoim miejscu; te chwile d o s k o n a ł e. Wiedziałam gdzie, po co, żadnych niedomówień, żadnego zagubienia. Idealny trybik w idealnej machinie; te chwile świadomości bycia Częścią, znania i bycia na swoim miejscu.
Spokój.
Te chwile ulgi, gdzie nie ma ANI JEDNEJ nitki zależności, uwiązania, karmy. TOTALNA wolność. Ulga. Te chwile lekkości na barkach, lekkości na sercu, podbrzuszu, lekkości w ciele, umyśle..., te chwile, gdy nic nie muszę, nic nie powinnam, nic nie trzeba, nikt nic nie chce, nie oczekuje, nie żąda - ja niczego nie chcę, nie oczekuję, nie żądam, nie wymagam, nie pragnę, nie chcę; te chwile wytchnienia.
Cenne.
Ważne.
Zapominam.
nanii 2009-10-29 20:19:50