Sny, które przychodzą chwilę przed i chwilę po Sylwestrze są bardzo ważne. Przynajmniej dla tych, którzy tą ważność im nadadzą.
Zapisuję, aby nie zapomnieć.
Przed NR śniło mi się, że moja mama włożyła witraże w okna kuchni. Było tam dwóch świętych. Nad nimi były pogrzebowe liście (takie złote cosie) i krzyż czarny. Mówię mamie, że, no, ładne te witraże, ale te ornamenty i krzyż to mogłaby zdjąć, bo wyglądają jakby w domu był zakład pogrzebowy. Na to ona rzecze, że jak przyjdzie czas to zdejmie. Dobra, ok.
Podchodzę do okna, aby sprawdzić, czy łatwo się to odklei (tak, wiem, że to witraże, ale sny są nieprzewidywalne ;)). Zaczęłam lekko odchylać krzyż, a tu z drugiej strony okna babcia wyskakuje i mi grozi palcem, że mam nie zdejmować. No to zostawiłam.
Sen znaczący i wyraźny. I tak już chlapnęłam w tamtym roku, że 2009 był rokiem ślubów, a następny będzie rokiem pogrzebów.
I wszystko wsadziłabym do szufladki innych wizji i pomysłów wpadających mi do głowy, gdyby nie sen mojej siostry.
Śniło jej się, że w domu ma dwa trupy. Dwie kobiety. Nie miała czasu się nimi zająć, więc je spakowała i położyła do swojej sypialni na łóżko. Nocą spała z dziećmi i tymi trupami. Później była na mieście i przypomniała sobie, że te trupy leżą u niej a ona nikomu tego nie zgłosiła i choć kojarzyło jej się, że tam leży jej babcia (ale nie moja), to na mieście miała wrażenie, że tam leży nasza wspólna babcia i mama. Później jak się już nimi zaczęła zajmować (przyszedł mój tato) to trupy wstały i poszły a tato powiedział, że to był taki żart i aby się nie martwiła.
To były nasze sny. Rozmawiałyśmy o tym przez telefon i ona się popłakała. Nie wyobraża sobie, że mogłaby którakolwiek z nich odejść. Nawet o tym nie myślała. Gdyby odeszły obie... To mieszkanie w Miasteczku jest ważne dla mojej całej rodziny. Tam jest babcia, moja mama. Wszyscy tam przychodzą. To takie centrum. Taka kolumna. Podpora rodzinna. Rozsypiemy się i przestaniemy się widywać jak ich zabraknie. Gdzie wszyscy się będą spotykać? No gdzie? Kto przejmie tą rolę? Popłakała się a ja nie umiałam jej pocieszyć. Bo co miałam jej powiedzieć, że to tylko sny?
Powiedziałam, że to co się ma stać - stanie się a to co możemy zrobić my, to być przy nich teraz, gdy jeszcze są. Otoczyć je czułością, ciepłem, życzliwością. Aby czuły, że są kochane. Powiedzieć to co nie było wypowiedziane, bo przecież to oczywiste. Aby nie żałować. Zrobić to co chciało by się zrobić przed ich śmiercią. Ukochać. Utulić. Powiedzieć - kocham.
Wieczorem, gdy dzwoniłam do mamy była tam A. z dziećmi. Rozmawiała i śmiała się z nimi.
Nie potrafię wyobrazić sobie co będzie jak ich nie będzie. Widzę wielką dziurę wizyjną. Nie potrafię. Za to widzę, co będzie po. Martwię się o tatę. Jeśli zostanie sam to naprawdę będzie potrzebował wsparcia - bardzo! Myślę, że pomieszkałabym trochę z nim. Nie wiem nawet czy on da tak długo radę.
A jeszcze później (na pewno nie w tym roku) sprzedaję to mieszkanie. Tam się wychowałam, ale wspomnień jest zbyt dużo. Były dobre chwile i one zostaną w sercu. Były też złe i wolę, aby nie szły ze mną. Ciekawe co reszta rodziny na to powie. Założę się, że przyjdą również pożegnać się z mieszkaniem. To część ich życia. I pamięć o babci. Fajnie jakby zamieszkał tam ktoś z rodziny, ale ... - ja na pewno zdecydowanie nie. Nie wezmę roli rodzinnych kolumn.
Niech się dzieje to co ma się wydarzyć.
nanii 2010-01-03 11:28:02
Świeżutko w nowy rok śniło mi się, że kupiliśmy dom. Bardzo stary dom i do remontu, ale piękny. Patrzę na okna i pytam G ile myśmy za niego dali? A on na to pytaniem: "A ile mieliśmy w domu?" Ja - "20 tysięcy? Tylko tyle? Ale zobacz na te okna! Są całe do wymiany!" G - "Nie martw się, wymienimy je:)" No to zaczęłam oglądać dom. Z okna w kuchni widać było pola, las i przystanek autobusowy z prawej strony. Była jesień. Stół stał pod oknem.
Na piętrze był mój pokój. Duży, z wysokim sufitem. Dwa duże okna. Pokój narożny. Z okien widać ogród, na którym rośnie jabłoń. Świeci słońce. W ogrodzie bawi się mała, jasnowłosa dziewczynka (!!!) (O_o)
Duży, biały stół pod jednym oknem, łóżko pod drugim. Meble stare. Wszystko do wymiany i gruntownego remontu, ale to był dom, w którym widziałam toczące się życie.
nanii 2010-01-03 11:53:56
Kur..., jak bardzo brakuje ludziom czegoś co się nazywa szacunkiem i akceptacją. Po chuj uszanować czyjeś myśli, decyzje czy fobie? Przecież są bez sensu. Przecież nie mają podstaw, przecież nic się nie stało/stanie. Każdy ma jakąś przestrzeń, miejsce wokół, gdzie czuje się bezpiecznie i dobrze. Daj tępemu chujowi pozwolenie na wejście do tej strefy, a ten wybierze sobie co mu wygodne. Bierz całość, ze wszystkim co noszę, albo będziesz dostawał tylko maskę karnawałową w każdym znanym kolorze i kształcie na mojej twarzy. Będziesz jednym z wielu, którzy żyją wyobrażeniami na mój temat, bo tak im wygodnie. To cudowny dar jeśli dostanie się od kogoś kredyt zaufania. Dostęp do ohana. Uszanuj go! Kiedy nazywasz kogoś przyjacielem - nie tylko dlatego, że zamieniłeś z nim 3 maile i masz go na NK, ale dlatego, że znasz, że lubisz, że łączy was wiele, że wzbogacacie siebie wzajemnie poprzez swoją inność, że mogliście na siebie liczyć kiedy było źle - to akceptujesz go, z jego dziwactwami, fobiami, innościami. Tak? Czy się kurw* pomyliłam?
Gdybym powiedziała, że masz układać buty naprzemiennie z reklamówkami - uszanuj to. Gdybym powiedziała, że mleko ma leżeć obok majonezu - uszanuj to. Jeśli powiem uszanuj moją prywatność skoro w niej jesteś - zrób to. W zasadzie, nie musisz, ale jeśli nie to wtedy wypier* z mojego otoczenia, bo nie mam ochoty na widzenie kogoś takiego, po którego zachowaniu czuję się zagrożona i przestraszona. Przestraszona? Przy boku przyjaciela!?
Dzięki bogom za dar przewidywania niektórych pierdół, bo okazałoby się, że mam bardzo długie kły i wiem gdzie masz tętnicę udową czy szyjną - bez znaczenia. Nawet przez ramię dostałabym się do tej udowej, czy przez piętę do szyjnej. Nieważne czy to ma dla ciebie sens, czy działam na wyrost. Chuj z tym. Na szczęście zakończyło się to tylko wpisem tu. Tu gdzie moja nienormalność i błędy ort mogą pohasać. Przewidziałam, okopałam się i przeżyłam.
Większość z moich znajomych to ludzie z masą dziwactw, fobii, niedostosowań, ponadprzeciętni, ogromnie inteligentni i często bardzo zagubieni w tym świecie bez granic - teoretycznie. I ja tak mam, i ja z wielką pieczołowitością tworzę granice, które tworzą moje miejsce. Miejsce samotności, przemyśleń, gdzie nie trzeba grać, udawać, szaleć. Gdzie jest czas na dziwności, inności i inne -ści. Każdy z nas, w tych granicach bezpieczeństwa, rozwija się. Tworzy. Działa. Czuje się zdrowy. Pełny. Nie opuszczony przez Boga. Czasem zapraszamy takich jak my do tej krainy. Najczęściej takich jak my sami. Bo oni rozumieją. Bo tak samo jak i my, potrzebują akceptacji innych. To taka namiastka normalności, taka radość, że nie jesteśmy sami, że są inni tacy jak my. I czasem kur* zapraszamy do tej strefy tych z zewnątrz. Tych "normalnych". Bo wydają się fajni, bo nas ciekawią, bo pobudzają te części mózgu, które są twórcze, a przecież to jest coś co my "nienormalni" pragniemy - STWARZAĆ!
Ale "normalny" zawsze będzie normalnym. On też ma granice. Granice, w których jest w stanie nas zaakceptować. Nie dalej. Zaakceptuje buty i reklamówki, mleko i majonez, ale nie zaakceptuje tego, że nie podoba ci się Avatar! (Przykłady są czysto hipotetyczne. Uwielbiam ten film. We wtorek obejrzę go po raz drugi. A potem trzeci i piąty. Nie mam też fobii reklamówkowo - butowych:P ani mlekowo-majonezowych).
Kocham wszystkich moich "nienormalnych" przyjaciół. Mogą mnie czasem wkurwić, mogę ich nie lubić przez miesiąc, bo coś, ale akceptuję to kim są, to co sobą reprezentują, szanuję ich prywatność, ich zdanie (nawet jeśli się z nim nie zgadzam), ich decyzje. I to samo otrzymuję od nich. Nie wchodzimy z butami tam gdzie nam nie pozwolono.
Więc jeśli jesteś "normalny" i nie wiesz co to szacunek i akceptacja, to zapraszam z powrotem na miejsce za linią, gdzie widzisz to co chcę, abyś widział, a reszta jest moja.
I chuj.
(G. dzięki za twoją nienormalną normalność. Wziąłeś mnie z całym dorobkiem moich inności. Bez oceny i z akceptacją. Nie gwałcisz mojej strefy bezpieczeństwa, nie wchodzisz do niej jeśli potrzebuję być samotna. Rozumiesz, bądź jeśli nie to akceptujesz. Czasem starasz się zrozumieć, a czasem pozwalasz mi być. Mówisz do mnie moim językiem. Gdy się zagalopuję pomagasz w wyjściu z zamknięcia z szacunkiem i uważnością. Czyż mogłabym wybrać kogoś innego? )
nanii 2010-01-07 11:02:27
Nawet nie wiem jak ją przerwać.
Wszystko zaczęło się od tego nieszczęsnego pogwałcenia mojej psychicznej strefy bezpieczeństwa. I się posypało. Ja się posypałam. Jestem stabilna jak domek z kart.
Najpierw ząb. Zapomniałam już jak może boleć ząb. A co mnie tam, nie chcę znieczulenia. Nie lubię. Boję się igły wbijanej w dziąsło. No to lecim na żywca. Myślałam, że się posikam. Babka stwierdziła, że w życiu by się nie zgodziła robić tego bez znieczulenia. A ja zrobiłam bez. Wargi mi się trzęsły z równą determinacją co nogi jeszcze godzinę po wierceniu. Szok dla ciała. Nie byłam na to przygotowana. Wyrok - kanałowe. Cokolwiek by to miało znaczyć - dowiem się w poniedziałek.
Dalej - zamknięcie drzwi. Przynajmniej próbowałam je zamknąć w tym samym momencie, gdy mój kciuk był między framugą a rzeczonymi drzwiami. I rozwiązałam zagadkę. Jest granica bólu, w obrębie której człowiek przeklina. Kiedy się ją przekroczy pozostaje już tylko się zsikać.
Wiem, że to wszystko sama sobie robię. Ząb, paluch. To wszystko ja. I nie umiem tego zatrzymać! A to nie koniec.
Kolejna dawka to zostawienie torby G gdzieś tam. Poczucie winy ogromne. Następne to pan sprzedający mi bilety do kina dał mi miejsca na "Avatara" a nie na Artura (Weekend z siostrzenicą). O matko, znowu nawaliłam. No, głupio mi było i źle. Wymieniliśmy bilety z powrotem na Artura. (Why, oh why?!) Film się skończył zanim się zaczął. Czuję się oszukana :P Film do bani. Obraża mnie jako istotę myślącą. Trzeba było iść na tego "Avatara". Znowu poczucie, że skaszaniłam.
Dalej? W sumie 5cio godzinny pobyt w galerii - to istny sadyzm, ale młoda chciała coś dla siebie znaleźć. Wróciliśmy do domu padnięci! Czułam się jak zombie.
Koniec? Hahahaha, chciałabym.
Powrót do Miasteczka z młodą był cholernie uciążliwy. Spóźniony pociąg blablabla. Powrót to mordęga. Gdybym jechała sama poddałabym się w połowie drogi i umarła na stacji z resztą smutnych ludzi czekających z nadzieją na pociąg. No, ale był G więc po 4 godzinach podróży i starania się dotrzeć do domu czym się tylko da - padliśmy przemęczeni.
Koniec? A guzik.
Spalone ciastka,
Zamówienie połamanej szczotki do włosów.
Jak sąsiadka przyszła pożyczyć jajko to myślałam, że się posikam ze zdenerwowania. Ale paranoja
Cóż czeka mnie jeszcze jutro?
Taka "pierdoła" jak poczucie się zagrożonym w najbardziej ważnej dla mnie strefie i już nigdzie nie czuję się bezpiecznie. Bombarduję wszystko. Zagrożenie z każdej strony. Yyy, znaczy, to głównie ja sobie zagrażam, ale to wcale nie zaprzecza temu co mówię;)
Zadzwoniła Sylwia. I już mam wrażenie, że pojadę tam po to tylko, aby się podłożyć i znów rozpaść. Znowu skrzywdzę siebie.
Pewnie pojadę, ale zastanawiam się jak wymigać się od masowania. Nie chcę jej skrzywdzić - ani siebie.
Czuję się kaleką nie mającym swego miejsca. Bo skoro we mnie nie czuję się bezpiecznie, to gdzie indziej mogę?
nanii 2010-01-11 21:56:37
wydarzyły się również rzeczy skrajnie dobre. Tak jakby owszem, lecę z 25 piętra, ale na dole widzę mięciutkie materace. Dostałam też lornetkę, aby umilić mi lot i parasol do spowolnienia spadania. Spadając zahaczam, owszem, o wystające gzymsy i wpadam na lecące kaczki, ale cóż.
Nie potrafię tego rozgryźć.
Znalezienie bardzo skutecznej tabletki przeciwbólowej na zęba (to naprawdę wyzwanie w moim przypadku:P )
Wygrana z Młodą w Farmera (zazwyczaj nieświadomie się podkładam, aby nie było jej smutno) i brak poczucia winy z tego powodu.
Prezent od Avonu (idealny! Zamierzałam go sobie kupić, ale mnie cena 100zł trochę zasmutła).
Pyyyyszny obiad u mamy :)
Przygody w głębokim śniegu (radość nad radościami)
Cieplutka kurtka i buty (kurtka wypas, a w butach nie zmarzłam, choć miałam cienkie skarpetki)
Super udany obiad ugotowany przeze mnie (zupa mniam i pancaks z syropem z kasztanów)
Reakcje G na moje przekraczanie granic ludzkich zachowań - pełne wsparcie i omijanie zgrabnie moich smutów. Czyli nie pobrudził się, a wzmocnił i wsparł (dzięki, dzięki, dzięki:* ).
Czy Sylwia też jest taką dobrocią, która mi się zdarza? Ona jest materacem i końcówką lotu? Jest odpowiedzią na moją modlitwę tydzień temu? Czy kolejnym sposobem na skrzywdzenie siebie?
I to wszystko w przeciągu niecałego tygodnia.
nanii 2010-01-12 10:18:26
Dowiedziałam się, że mama też ma złe sny. Początkowo myślała, że może chodzić o nas (postanowiliśmy samodzielnie odkręcić kuchenkę od gazu. Nadmienię, że nie ma takiej czerwonej wygodnej wajchy:P a rury są do wymiany), ale ewidentnie sen jej mówił o babci (nie to, że ją to uspokoiło:/ Spaliśmy przy otwartym oknie), choć nie przekonały jej moje zapewnienia, że to ewidentnie nie my.
No i później Siostra opowiedziała mi kolejny sen. No cóż, zostaje po prostu czekać. Bogami nie jesteśmy, aby coś zrobić. Możemy tylko to co ludzie mogą, czyli przygotować się do tego zdarzenia.
Dziś babcię moją zabrali do szpitala. Nie jest dobrze. Nie jest też tragicznie. Jest pod respiratorem. Oddycha przez maskę tlenową.
Nie czuję się smutno. I nie wiem czy to dobrze. Pewnie jak ją tam zobaczę to jakieś rzeczy się we mnie ruszą. Teraz po prostu wiem, że ten czas i tak nadejdzie, a jej się po prostu nie chce już żyć. Dlaczego ludzie płaczą, gdy ktoś odchodzi? Babcia nie jest już młodą kobietą. Może tak naprawdę ludzie płaczą z czysto egoistycznych pobudek? Bo odchodzi i do kogo my teraz będziemy przychodzili? Kto nam będzie pożyczał pieniądze, gdy będzie nam brakowało do następnej wypłaty? Komu będzie się przekazywało wszystkie informacje? Do kogo się będzie przychodziło, aby dowiedzieć się co słychać u tego czy tamtego? Nikt nie zapłacze nad tym, że ona już jest zmęczona, że nie widzi już sensu, aby tu być. Wszyscy płaczą nad sobą. Nad tym, że odczują brak.
Moją pierwszą reakcją na wiadomość o śmierci dziadziusia było - nareszcie. Bardzo zaskoczyło to moją mamę. Wytłumaczyłam, że przynajmniej nie będzie już cierpiał. Nie płakałam. Wspominałam. Swoje emocje przeżywałam na swój sposób (góra naczyń po stypie, a ludzi było naprawdę sporo). Nie było mi smutno, że odszedł. Umarł bo cierpiał. Śmierć była dla niego już tylko błogosławieństwem. A w przypadku babci? Ona już nie chce tu być. Pewnie zapłaczę nad sobą na jej grobie. A teraz? Jutro pojadę się z nią zobaczyć. Aby się nie bała, nie smuciła. Zdążę? Zdążę.
nanii 2010-01-16 20:37:34
nie wygląda zbyt dobrze. W zasadzie to bardzo źle. Nie wiem czy się z tego wyliże.
I ja zapłakałam. Nie ze smutku, że jej nie będzie, ale z tego, że się męczy, że jej źle, że cierpi...
Źle oceniałam smutek innych. Nie powinnam w ogóle tego robić. To, dlaczego inni płaczą, jest całkowicie ich wewnętrznym przeżyciem, a ocena tego jest nie na miejscu.
Codziennie ktoś u niej jest. Rano i wieczorem. Nie chcemy, aby czuła się opuszczona. Bo nie jest. Nie przez nas.
nanii 2010-01-20 11:38:35
no i co?
No i koniec.
Boje się tego, że nie umiem przestać płakać. Boję się, że zobaczę ich wszystkich i nie przestanę już nigdy.
Łzy same płyną. Nawet nie umiem ich zatrzymać. Tłumaczyć nawet nie zamierzam.
nanii 2010-01-21 09:09:34